<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123</id><updated>2012-01-22T06:42:56.864-08:00</updated><title type='text'>jestem brzydki śmierdzę nie istnieję</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>123</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6409336179601324407</id><published>2012-01-18T13:30:00.000-08:00</published><updated>2012-01-18T13:32:17.544-08:00</updated><title type='text'>.123</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;jak widać, nic się tutaj nie dzieje, śmierdzi i trąci żenadą, niedługo zwijamy interes, a wy idziecie do empiku i kupujecie mnie na papierze&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6409336179601324407?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6409336179601324407'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6409336179601324407'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2012/01/123_18.html' title='.123'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-7614101355962069884</id><published>2011-12-25T10:21:00.000-08:00</published><updated>2011-12-25T10:22:19.646-08:00</updated><title type='text'>.122</title><content type='html'>&lt;span style="font-style: italic;"&gt;później jadę do domu i jest pierwszy dzień świąt mdłości wstręt persona&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-7614101355962069884?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7614101355962069884'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7614101355962069884'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/12/122.html' title='.122'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1027901840150065816</id><published>2011-12-21T04:03:00.000-08:00</published><updated>2011-12-21T04:05:45.501-08:00</updated><title type='text'>.121</title><content type='html'>&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ple&lt;br /&gt;                        b ssssssssssss&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Jakiś deszcz, kolejne etapy plagi, a potem już tylko wchodzenie w coraz to bardziej archaiczne struktury dni, tygodni, co ciągną się jak walec prowadzony przez pijanego kierowcę - wszystko nic, bryły podszyte ideologią, co interpeluje i rości sobie prawa do dyskursu. Te hordy pokrywają coraz większą przestrzeń, do której i ja próbuję wskoczyć, wbić przysłowiowy klin. Na dniach zdobywamy klucze na strych, mamy więc do dyspozycji wszystkie jego możliwości, chociaż te - przyznajmy szczerze - nie są zbyt wielkie, przynajmniej nie teraz, nie w perspektywie zapowiadających się od dawna miesięcy, które przyniosą tylko chłód i zamęt, to brzmi jak nieuchronność, zamkną szczelnie drzwi, wyrzucą kłódkę i połkną klucz, by wypluć go w chwili swojej śmierci; ta ostatnia majaczy gdzieś daleko poza horyzontem, poza możliwościami wyobraźni. Na strychu jest dużo fajansu, meble, deski, biurka, krzesła, stoły, których długie lata bezczynności manifestują się w kurzu, syfie, cienkiej warstwie tego niepokojącego brudu rzeczy martwych, o którym nie można powiedzieć nic więcej nadto, iż istnieje. Zadziwia mnie perspektywa, jaką otwierają przez swoją obecność, przechodzę między nimi i myślę o obrzydzeniu, o mdłościach, co rozsiewają wokół siebie jak ziarno na polu pod uprawę. Na strychu jest również drabina, drabina prowadzi na dach, po drodze trzeba odsunąć drewnianą klapę, z której wystają zardzewiałe gwoździe, starczyłoby ich, żeby ukrzyżować wszystkich razem wziętych proroków ze dwadzieścia razy - kiedy toruję sobie wejście na górę, światło z zewnątrz jako jedyne rozprasza obcość tego strychu, tonę więc w jego łunie, a rzeczy wyostrzają kolory i spoglądają na mnie swoim beznamiętnym spojrzeniem - niebo jest jasne i wyzute z ptactwa, tak bardzo wyzute, że przymykam oczy i wspinam się wyżej, mała szczelina nie daje wielkiego pola manewru, czuję nieokreśloną starość tego wszystkiego wokół, ostrożnie przekładam nogę i wchodzę, jestem, pierwszy kontakt z szorstką papą, która pod moimi stopami wydaje z siebie przytłumione krzyki, pierwsze lądowanie na księżycu, defloracja planety  -&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;teraz widzę całe to podwórko, hostel i pogrążoną w trądzie bramę kamienicy, widzę Stare Miasto i wieżę mariackiego, jakie to pretensjonalne, odwracam się i patrzę w drugą stronę, na dachach anteny i słupy transmisyjne, przekaźniki, piorunochrony i izolatory, kilometry niedostępnych dla tych patrzących z dołu kabli wiją się od budynku do budynku jak wirus, jak zaraza - dalej kleparz, więzienie, kopuły o nieznanym przeznaczeniu: siadam na papie i odpalam fajkę, zimno, wietrznie, drzewa na Plantach przypominają naczynia włoskowate, są do zdmuchnięcia, są do wypalenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Później nastają ciemności i za oknem przewalają się piękni ludzie zachodu; ten wieczór ma w sobie coś z paranoi, czekam na sygnały, które mogłyby usprawiedliwić to nieuchronne przecież zawieszenie w bycie, sygnały, dzięki którym byłbym w stanie wstać rano i powtórzyć za klasykiem zbawienne: nic, istniałem. Istniałem w trybie niedokonanym, kompletnie obliczalny, poza tą jesienią i dachem, gdzie za dnia słucham hejnału, a wieczorami języków zagubionych w wiecznym karnawale rozpusty ku czci somy: sygnały nie nadchodzą, więc brakuje mi punktów odniesienia, śladów mogących uchodzić za jakąś absolutną negację, jeżeli pojęcie to na jakiś sposób jest jeszcze adekwatne w perspektywie kilku dni wstecz; rozpamiętuję piątek i sobotę, zapełnione od absurdu picia wina, ściągania przypadkowych wiader i lądowania w nieprzypadkowych objęciach kobiet - potem to auto-usprawiedliwiające poczucie błogości, kiedy nad ranem budzisz się w towarzystwie autonomicznego ciała - przy okazji rodzi się w twojej głowie pytanie, czy to ciało było w ten sam sposób autonomiczne wczoraj, przedwczoraj, kiedy otwieraliśmy pierwszą sofię, jak zwykle półsłodką, kiedy o brzasku odpalaliśmy pierwsze fajki i nadchodził moment, w którym mówiłeś, że chuj, że nie musimy iść jarać do kuchni, tutaj też można, tutaj, czyli w pokoju, spokoju zamkniętym w przestrzeni sypialni (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;jak inaczej ją nazwać w jaki objąć cudzysłów czy to możliwe to niemożliwe to śmierć autora kpina i strumień propagandy)&lt;/span&gt;, z której prowadziło jedno okno. Widok na zewnątrz interpelował do bycia podmiotem, przynajmniej w tej wąskiej perspektywie, błagał i padał na kolana, by w siebie uderzyć, zawierzyć zaufać. Wszystko stawało się rozmyte, zamglone, jakby obrazek z najmniej przyswajalnego snu - pamiętam siedzenie przy parapecie i palenie wierszy szatniarza, jakoś dziwacznie zresztą afirmowanego, zbieranie popiołów, poszukiwanie motywów: noszę w sobie kilka takich nieśmiertelnych obrazków (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;wszystkie z nich utkwiły w grze językowej czterech pór roku&lt;/span&gt;) - jak wtedy, gdy śpiewaliśmy rotę na moście grunwaldzkim; współlokator przyzgonowanej znajomej  zasugerował nam spierdalanie z podgórza, z ich mieszkania, więc wzięliśmy ze sobą wódkę i pełni zapału co do tego spontanicznego zaistnienia - szliśmy pod rękę przez ten most i wpadliśmy na pomysł, by śpiewać piosenki patriotyczne, upojeni alkoholem, wszystko w okolicach przełomu roków pańskich 2010 i 2011, zima. Albo cała seria upadków ze starej krowoderskiej, tej pierwszej, gdzie zamieszkały Jane i Marta, włącznie - rzecz jasna - z sylwestrem, co ostatecznie trwał trzy dni -&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i w zasadzie pełen jestem od sentymentu, a to, co się dzieje, jawi się jako skandaliczne powtórzenie; teraz zajmuję się wydobywaniem na powierzchnię śladów tamtych skandali, co rozgrywały się w obrębie nieuchronnego miasta - spadł pierwszy śnieg i któraś z kolei środa, a Kamilek ma na sobie szorty i skarpetki, jedna czarna, druga niebieska, siedzi przed kompem i z miną psa silącego się na kupę spogląda na monitor, mdławy blask odbija się na jego zmarniałej twarzy, śmierdzę, mówi w moją stronę, śmierdzę i jestem zniszczony, a ja odpowiadam, że ja też, że kąpiel jest wskazana. Plac szczepański pogrążył się w białym szaleństwie, owinięci w płaszcze i czapki piękni ludzie zachodu miotają się od jednego rogu do drugiego, na cienkiej warstwie śniegu zostawiając swoje odbicia. Zbliżają się święta i wszyscy myślą o powrocie: staram się przypomnieć sobie zeszłoroczne mdłości, jakie przecież musiałem o tej porze odczuwać, to oczywiste, to pewne. I znowu zaskoczył nas ten poranek; spędzamy go w kuchni na wypełnianiu dziur, jakie wypaliliśmy w sobie dnia poprzedniego, co się działo, co robiliśmy i kto zostawił w zlewie cały ten syf, kto obierał ziemniaki i wyrzucił oszkrabiny na podłogę, pod stół, jakim cudem z mojego portfela znowu uleciało kolejne dwadzieścia złotych; myśli kotłują się w głowie, a rączki skręcają fajki, masz może ognia, pyta Kamilek, tak, mam morze ognia, jestem pełen ognia wewnętrznego, który pcha mnie w podejrzane kierunki i orientacje, macam kieszeń, wyjmuję zapalarę. Odpalanie, dym. Po godzinie za oknem szaleje prawdziwa śnieżyca i rzeczywistość wpada na zupełnie inny poziom, inny tor - tak oto zaczyna się kolejna historia kolejnej zimy, s&lt;span style="font-style: italic;"&gt;kandaliczne powtórzenie&lt;/span&gt;, w głowie odzywa się histeryczna matka i nawołuje do domu, nawołuje do porządku; ówczesna jesień przeszła do archiwum pod tytułem akumulacja stanów rzeczy; te z uporem listonosza wyrywały się uporządkowaniu. Teraz gaszę kiepa do popielniczki i wstaję od stołu, czas na kąpiel.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1027901840150065816?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1027901840150065816'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1027901840150065816'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/12/121.html' title='.121'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-277308000552506291</id><published>2011-12-08T12:30:00.000-08:00</published><updated>2011-12-08T12:36:30.346-08:00</updated><title type='text'>.120</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Autor podział się i spojrzał przez okno, na Placu Szczepańskim zalega mgła, chociaż niektórzy mówią, że to wcale nie mgła, że nad miastem wisi smog i zwodzi wszystkich mieszkańców, którzy poskręcanymi palcami wskazują niebo, w ich głosie daje się odczuć drganie, drgania wiązadeł; smog porywa nierozważnych i zwiastuje rychłą zimę, co przyjdzie zaraz po dławiącej kraj suszy - autor podział się i wyszedł do kuchni, gdzie zaparzył kawę, zapalił fajkę. Jest mroźny poranek roku pańskiego, Planty powoli zaczynają obrastać w szron, a czekający na przystanku ludzie odbijają na chodnikach zakola, okręgi, w powietrzu wisi groźba, co jest jak granat z opóźnionym zapłonem - autor zakłada nogę na nogę, a z jego ust wychodzi dym, który zasila atmosferę, przechodzi przez szczeliny. Zza ściany dochodzą przytłumione odgłosy powszedniego czwartku, sąsiedzi nie maja imion i właściwości, chociaż w jakiś sposób muszą przecież odgrywać te swoje akty. Autor przygasił kiepa i pomyślał o zbieraniu chłodu z cudzych policzków, dochodzą do niego wydarzenia dnia poprzedniego, które są jak utrapienie, autor powoli łapie kontekst i wychodzą z niego mimowolne kurwy, gdyż tylko na nie może sobie jeszcze pozwolić, to jak składanie sampli, scrable z połową alfabetu, z ograniczoną odpowiedzialnością - autor odczuwa silną zmułę, zjazd po wczorajszych wiadrach, wczorajszej bace, chwilę później sięga do kieszeni, gdzie rejestruje portfel, otwiera, odpina i zdobywa się na drugą fajkę - nastąpił nieoczekiwany odpływ czterdziestu złotych: i tak oto poszły się jebać wszystkie coffee to go w okazyjnych cenach, ulgowe bilety do teatru na przemiany, pretensjonalne grzane wino w cafe szafe, wszystkie te przyjemne rzeczy, co je sobie postawiono jako główne punkty programy, artykuły manifestu, życie kolejny raz rozpostarło nad autorem swoje postrzępione jak poły gandalfowego płaszcza skrzydła, a istnienie przeszło w tryb przypuszczający; ponadto te gary w zlewie, myśli autor, niedomyte kubeczki, upierdolone łyżeczki, blat ujebany śladowymi ilościami majonezu, tak zaczął się czwartek i nastąpiła dalsza część historii, tej historii, z której autor stara się ułożyć jakąś swobodną chociażby całość, w tym maelstormie poszukiwanie idei przypomina zapadanie się w ruchomych piaskach, zostajesz w bezruchu i pochłania cię wszystko, co się nie dzieje, z kolei prostujesz ręce, uginasz kolana i wsysa cię ten absolut, co jest absurdem, wpierdala w kierunku swojej esencji. Autor chciałby się wykapać, poczuć &lt;span style="font-style: italic;"&gt;świeżość zdrowe zęby bez łupieżu&lt;/span&gt;, ale w kiblu panują mróz i bliżej nieokreślony fetor, ktoś oddał do wanny obiad, ktoś pozostawił włosy w kranie, na podłodze, muszla, pokryta warstwą jakiejś ciemnej narośli, zalega w podręcznikowej definicji zwykłego syfu, wszystkie produkty uboczne istnienia znalazły sobie azyl w tej małej przestrzeni łazienki, toalety - Autor otwiera drzwi i wątpi, trapią go same wątpliwości, zżerają problemy; w zasadzie to bardzo dziwny moment w jego życiu, którego uczepił się w tak obrzydliwy sposób - gniją mu kolana, gniją pachy, gniją pachwiny i ramiona, cały jest w rozkładzie od ostatnich dwóch tygodni, w rozsypce: dlatego też lubi to przyjemne odrętwienie z rana, zawieszenie po przebudzeniu, kiedy spogląda za okno i w widoku na zewnątrz upatruje mgłę, co nie niesie żadnego znaczenia, żadnych naleciałości, mgłę, która przechodzi również w niego, pozostaje na cały dzień -&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;autora przepełnia bliżej nieokreślony strach, żyje w przekonaniu rychłego upadku, dlatego też przyjmuje perspektywę poszukiwania idei, która zdegenerowała w perspektywę poszukiwania fazy, upodlenia i wyzucia: wszystko to z powodu rejestracji swojej obcości, autor wstaje rano i zaskakują go jego myśli, od których rozpaczliwie szuka ucieczki, zaskakuje go jego zachowanie, ludzie krzątający się wokół, autor prywatyzuje swoją opozycję względem tego, co zewnętrzne, a trzeba powiedziec, że jest to opozycja totalna, absolutna negacja - póki co autor zamyka drzwi i wraca do kuchni, gdzie zapala kolejną fajkę, myśląc o raku płuc, raku skóry, wszystkich tych przypadłościach, które jako jedyne ukazują się na ekranie w sposób uchwytny, godny uwagi - plagi przychodzą zawsze, są metą na drodze piętrzącej zdumienie, zaskoczenie, do nich należy pierwszeństwo w całej tej zabawie:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;miasto na fazie odmienia się przez wszytskie przypadki świata, staje się doskonałym organizmem kreującym popyt i podaż, cenę i przecenę, za którą można pozbyć się właściwości - autora zaskakuje zima, zaskakuje jesień, lato, wiosna, rzeczy tworzone doraźnie, na potrzebę chwili: i w tej jednej liczy się już tylko lament - któryś tam z serii czwartek zaczął się od błądzenia w odmętach szpitala, przychodni, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;wszystko jak z kafki wszystko jak z bernharda&lt;/span&gt;, autor czekał na swoją kolej, a wokół rozprzestrzenił sie zapach umierania, starych kobiet narzekających na aktualny stan zdrowia: autor natomiast przeklinał aktualny stan rzeczy, który powinno się uporządkować, wziąć w klamrę i odziać łatwo przyswajalną nazwą; tymczasem za drzwiami nadal dogorywała jesień, jesień wypełniona pogardą, doprawiona żałosną mżawką - niebiosa, chociaż nie wymagają wiary, mimowolnie zsyłają poruszenie&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-277308000552506291?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/277308000552506291'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/277308000552506291'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/12/120.html' title='.120'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-983847570858718959</id><published>2011-12-01T15:04:00.001-08:00</published><updated>2011-12-01T15:04:53.037-08:00</updated><title type='text'>.119</title><content type='html'>same problemy, same wątpliwości&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-983847570858718959?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/983847570858718959'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/983847570858718959'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/12/119.html' title='.119'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4020463894372436271</id><published>2011-10-29T13:30:00.000-07:00</published><updated>2011-10-29T13:31:01.740-07:00</updated><title type='text'>.118</title><content type='html'>nie mam znajomych nikt mnie nie lubi&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4020463894372436271?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4020463894372436271'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4020463894372436271'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/10/118.html' title='.118'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1457173933569000637</id><published>2011-10-24T07:40:00.000-07:00</published><updated>2011-10-24T07:41:06.020-07:00</updated><title type='text'>.117</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;o:officedocumentsettings&gt;   &lt;o:allowpng/&gt;  &lt;/o:OfficeDocumentSettings&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:trackmoves/&gt;   &lt;w:trackformatting/&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:donotpromoteqf/&gt;   &lt;w:lidthemeother&gt;PL&lt;/w:LidThemeOther&gt;   &lt;w:lidthemeasian&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeAsian&gt;   &lt;w:lidthemecomplexscript&gt;X-NONE&lt;/w:LidThemeComplexScript&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:splitpgbreakandparamark/&gt;    &lt;w:enableopentypekerning/&gt;    &lt;w:dontflipmirrorindents/&gt;    &lt;w:overridetablestylehps/&gt;    &lt;w:usefelayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;m:mathpr&gt;    &lt;m:mathfont val="Cambria Math"&gt;    &lt;m:brkbin val="before"&gt;    &lt;m:brkbinsub val="&amp;#45;-"&gt;    &lt;m:smallfrac val="off"&gt;    &lt;m:dispdef/&gt;    &lt;m:lmargin val="0"&gt;    &lt;m:rmargin val="0"&gt;    &lt;m:defjc val="centerGroup"&gt;    &lt;m:wrapindent val="1440"&gt;    &lt;m:intlim val="subSup"&gt;    &lt;m:narylim val="undOvr"&gt;   &lt;/m:mathPr&gt;&lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" defunhidewhenused="true" defsemihidden="true" defqformat="false" defpriority="99" latentstylecount="267"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="0" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Normal"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="heading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="9" qformat="true" name="heading 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 7"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 8"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" name="toc 9"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="35" qformat="true" name="caption"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="10" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" name="Default Paragraph Font"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="11" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtitle"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="22" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Strong"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="20" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="59" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Table Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Placeholder Text"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="1" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="No Spacing"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" unhidewhenused="false" name="Revision"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="34" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="List Paragraph"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="29" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="30" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Quote"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 1"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 2"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 3"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 4"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 5"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="60" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="61" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="62" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Light Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="63" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="64" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Shading 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="65" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="66" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium List 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="67" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 1 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="68" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 2 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="69" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Medium Grid 3 Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="70" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Dark List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="71" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Shading Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="72" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful List Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="73" semihidden="false" unhidewhenused="false" name="Colorful Grid Accent 6"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="19" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="21" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Emphasis"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="31" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Subtle Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="32" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Intense Reference"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="33" semihidden="false" unhidewhenused="false" qformat="true" name="Book Title"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="37" name="Bibliography"&gt;   &lt;w:lsdexception locked="false" priority="39" qformat="true" name="TOC Heading"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable  {mso-style-name:Standardowy;  mso-tstyle-rowband-size:0;  mso-tstyle-colband-size:0;  mso-style-noshow:yes;  mso-style-priority:99;  mso-style-parent:"";  mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;  mso-para-margin-top:0cm;  mso-para-margin-right:0cm;  mso-para-margin-bottom:10.0pt;  mso-para-margin-left:0cm;  line-height:115%;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:11.0pt;  font-family:"Calibri","sans-serif";  mso-ascii-font-family:Calibri;  mso-ascii-theme-font:minor-latin;  mso-hansi-font-family:Calibri;  mso-hansi-theme-font:minor-latin;  mso-bidi-font-family:"Times New Roman";  mso-bidi-theme-font:minor-bidi;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 0.0001pt; line-height: normal; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:10.0pt;font-family:&amp;quot;Arial&amp;quot;,&amp;quot;sans-serif&amp;quot;"&gt;A teraz jesteśmy pijani, brzydcy, teraz idziemy na Zwierzyniecką i ze ściany wyciągamy kaszę, którą wydajemy w pobliskim monopolu o nazwie Kocyk; w Kocyku jest ładnie i przejrzyście, miła pani podaje nam piwo i fajki, wychodzimy na zewnątrz w tę jesień roku pańskiego, co obrosła w tyle na wpół rozumianych znaczeń - październik 2011 zaczął się nagle, jak seria z ciężkiego karabinu maszynowego w południowej Afryce, łuski spadają na ziemię, a my wracamy do mieszkania, które w najbliższej perspektywie również zostawimy za sobą, klika oznak naszej tutaj obecności: zatkany kran, włosy pod prysznicem - najbardziej będę tęsknił za tym balkonem; widok na zewnątrz ukazywał ropiejącą kamienicę, ukazywał, gdyż myślę, że o tej małej przestrzeni możemy mówić tylko w czasie przeszłym, brama wyglądała jak panoptykon: zawsze kojarzyła mi się z Polańskim drugiej połowy lat siedemdziesiątych, idealne miejsce na jednorazowy akt; już wyobrażam sobię tę scenę, ktoś stoi na dole i dokonuje samospalenia, a na balkonach żądni rozrywki widzowie w rękach ściskają lornetki teatralne, na ich ustach maluje się złowieszczy uśmiech. Polański i Kafka, dwa elementy określające to miejsce, o którym prawie w ogóle nie pisałem; tyle rzeczy chce wydostać się na światło dzienne, wczoraj rozpierdalałem samochody, wracając z odległych rubieży Nowej Huty, chodziłem na rękach po wyzwolonym z ruchu drogowego rondzie mogilskim, łojąc ruskie szampany, bez fajek, wkurwiony, zupełnie anonimowy - pielęgnuję w sobie nienawiść i dystans; jesienny chłód ma wymiar egzystencjalny i doszukuję się w nim chybionych idei, brakuje poruszenia, przyjmuję na siebie wszystkie wyzwania o przypadkowym przeznaczeniu, nie dociekam, nie rozmyślam, gdyż zalegająca we mnie pogarda &lt;i&gt;a priori&lt;/i&gt; odrzuca metafizykę, tę kurwę bez celu i sensu.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1457173933569000637?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1457173933569000637'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1457173933569000637'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/10/117.html' title='.117'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5921137231906221349</id><published>2011-10-23T07:30:00.000-07:00</published><updated>2011-10-23T07:36:59.212-07:00</updated><title type='text'>.116</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wtedy słychać kroki, które są jak basy, te głębokie, co robią &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jeb jeb&lt;/span&gt;, jak z czwartkowego wieczoru w krzysztoforach po drugiej w nocy, kiedy przychodzisz tam na upaleniu, kupujesz piwo, odpalasz fajkę i gibasz się pod ścianą. Z domu wychodzi Stanlej, Stanlej jest napierdolony i ma na sobie papcie, nie skminił, że zapomniał o butach, więc pakuje się do samochodu, narzekając na zimno, ale piździ, powtarza, zamykając za sobą drzwi, bełkocze coś do siebie i czuć od niego wódą, wujek, zapnij pasy, rzucam w jego stronę, jedziemy. Nakurwiamy. Droga jest pusta i owiana ciemnością: Stanlej bulgocze jak indyk, dzięki, że mnie podwozisz, gulgul, chwytam klimaty - jesień przynosi chłód i zamęt w kabinie, wszystko jest zimne, wszystko zasypia, ta późna godzina wyzwala we mnie barbarzyńskie żądze, dodaję gazu, hamuję, wjeżdżam na rondo, spoglądam w prawą stronę, Stanlej odpadł, zwiesił głowę, zaraz się wyrzyga, paw wyjdzie przez usta i upierdoli tapicerkę, resztki dostają się na kierownicę, kierowcę, polarek przyjmuje na siebie niezliczone ilości na wpół strawionej sałatki, jakieś jajka, jakiś majonez, jak zwykle nieodzowny, otwieram okno, ale na próżno, cała zawartość pozostaje w środku, a ja staję się jak autorytet, mówiąc ex catedra, że takie rzeczy się zdarzają, spoko, wymyję wyczyszczę nie przejmuj się, teraz jest jesień i ogólnie bardzo dobrze trafiłeś z tym rzyganiem; takie akty są bardzo na czasie, wszystko gra, leci muzyka, która kroi nas na małe kawałki - są jak te niedopałki sałatek, chleba, ogórków, wędlin z ciotkowego stołu, biesiadnej posiadówy przy taniej wódzie i tanich fajkach, gdzie wszystko mieści się w obrębie prostego planu, teraz już pozostaje epilog, podjeżdżamy pod dom, Stanlej wychodzi, a ja zamykam za nim drzwi, wyciągam fajki i patrzę na sweterek, jest po dniu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5921137231906221349?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5921137231906221349'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5921137231906221349'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/10/116.html' title='.116'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-7574912559165483682</id><published>2011-09-21T12:04:00.000-07:00</published><updated>2011-09-21T12:05:16.312-07:00</updated><title type='text'>.115</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Powrót na antenę i zmiana scenerii, gdyż tak bardzo było mi tęskno, masz więc swoje lasy, skurwysynu, mówię do siebie, wracając przez stawy, stawami. Jest piękne, słoneczne przedpołudnie i pierwszy dzień jesieni bądź dzień starej krowy, jak sugeruje z dupy wyjęta, telefoniczna usługa "Kalendarz MMS"; już sam nie wiem o co chodzi i popadam w zamotę, czuję się wylany z ulubionego kubeczka; w powietrzu magia i muchy i komary, chociaż te ostatnie już tak resztką sił, od niechcenia, ot, żeby jeszcze na koniec trochę powkurwiac, polatać i pobrzęczyc bez wyczucia i sensu. Droga jest znana i nie trzeba jej przypominać, idę prosto, na wprost, przed siebie, naprzeciw beskidy jak niedbałe pociągnięcia do krajobrazu, idealne tło; ostatnie trzy miesiące należy odnotować jako okres wegetatywnego oczekiwania na jakiś znak, okres desperackiego wypatrywania punktów odniesienia, dla których zresztą trudno będzie znaleźć teraz dalsze przeznaczenie - zajmowały nas proste rzeczy i drobne przyjemności: dorywcze roboty, dorywcze słowa, dorywcze wieczory, wszystko krótkotrwałe i z góry skazane na szybkie przetrawienie: późno kładliśmy się spać i późno wstawaliśmy, wykrzywialiśmy usta w niesmaku na widok proszących o uwagę, przypadkowych ludzi i wreszcie: gotowaliśmy obiady, najlepsze obiady w ciągu ostatnich dwudziestu lat, Szecio robił zupy, a ja zajmowałem się drugimi daniami: przynajmniej tą jedną rzecz opanowaliśmy do jakiejś tam perfekcji; mieszkanie na alejach gościło ludzi i prędzej czy później wypluwało ich za drzwi, na klatkę, do windy, przed kamienicę - stali tam na zewnątrz i mokli w deszczu jak bezpańskie psy: mieliśmy ich na myśli, chociaż dni rozkładały się jeden po drugim.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I te powroty. Kilka razy, może trzy wizyty przez ten czas, zawsze krótkie i chwilowe, tak jak teraz: wracam przez stawy i rozmyślam ponowny wyjazd, nic mnie nie gna i przez to staję się nieobliczalny, podjeżdżam na dworzec i sprawdzam pociągi, które są jak pożądanie&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-7574912559165483682?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7574912559165483682'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7574912559165483682'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/09/115.html' title='.115'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1326277123373381730</id><published>2011-09-18T13:16:00.000-07:00</published><updated>2011-09-18T13:19:35.941-07:00</updated><title type='text'>.114</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To jest łojenie wódy z brzydkimi ludźmi, to jest ściąganie chmur w ciasnym mieszkaniu przy zatłoczonych alejach, to są brzydkie słowa, których nie usłyszysz w publicznej debacie z udziałem wszystkich przewodniczących, to jest margines dyskursu połowy września roku pańskiego dwatysiącejedenaście, w ogóle nie czytaj tego, nie trać czasu, lepiej zadbaj o siebie, wykup karnet na siłowni, naucz się jakiegoś modnego języka, w telewizji wychodzi nowy serial, nowi bohaterowie, nowe perypetie i przygody, o wiele ciekawsze niż ta marna żałość i szarość ukryta między tak zwanymi wersami, tutaj jest pot i brzydkie kobiety, odcienie delikatnej żółci na zębach, syfy na twarzy, tutaj jest wieczór i ciemność rozlana aż po sam horyzont, kraniec spojrzenia i możliwości, kamienica odrapana z godności i tynku; jej ściana przypomina cerę starców uwięzionych w środku, wreszcie pokój wychodzący na przeoraną płotami bramę, pokój tonący w martwym półmroku, biurko, a na nim kiepała i zielona lampka, to od niej ten odrzucający odcień, rozpraszające burczenie pustej zresztą lodówki, skarpetki na podłodze, gary w zlewie, mieszkanie typu studio, okno uchylone; przy biurku siedzi zgarbiona, ubrana w gruby sweter postać, wpatruje się w ekran laptopa i pali fajkę, dym przechodzi przez płuca i zwiększa tamtejszą dziurę, postać umrze na raka mając lat pięcdziesiąt, ale to nic, bo teraz ma lat dwadzieścia i studiuje na kiepskim uniwersytecie mało przyszłościowy kierunek, znajomi, których notabene ma niewiele, pytają, po co studiuje taki mało przyszłościowy kierunek, znajomi studiują kierunki techniczne, są najebani regularnie dwa razy w tygodniu i mają przyszłość murowaną, dobrobyt zapewniony, ale chwila, to też nie jest ważne, przynajmniej póki co, ważna jest postać, postać ma więc dwadzieścia lat i zwie się Wiktoria, znajomi nazywają ją Viki, więc taką też i wy ją poznacie, Viki jest brzydka i nie ma chłopaka, nie ogląda seriali i nie posiada telewizora, Viki ma tłuste włosy, delikatną skoliozę, niezgrabne nogi i brzydkie stopy, kupuje rzeczy w ciucholandzie, pali najtańsze fajki: teraz natomiast siedzi przy biurku, wypuszcza dym i spogląda za okno na bramę pogrążoną w krępującym wieczorze, zastyga przez chwilę i wraca wzrokiem do ekranu przed sobą, wreszcie kiepuje do obrotowej popielniczki, rozgrzewa palce i kładzie je na zdezelowanej już klawiaturze, to zaczęło się jakieś dwa miesiące temu, notuje w edytorze tekstów, początek wakacji, siedzieliśmy w parku podgórskim i skręcaliśmy dżoje na szybkości, bo Krzysiek miał jakąś sprawę i musiał wcześnie wracać, świeciło słońce i pot lał się z nas strumieniami, Szeciu ściągnął koszulkę i wykręcał krople jedną za drugą, czerwiec przychodził gładko i mieliśmy przed sobą trzy miesiące otwartej perspektywy&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1326277123373381730?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1326277123373381730'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1326277123373381730'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/09/114.html' title='.114'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-327630240589539284</id><published>2011-08-25T05:21:00.000-07:00</published><updated>2011-08-25T05:31:15.776-07:00</updated><title type='text'>.113</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;49°54′N 19°13′E&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To była przebitka, teraz siedzę ze Zbysiem i zwijamy dżoje przy basenie, wokół cisza i cicho, na pustą ulicę pada blade światło okolicznych latarni, jest grubo po północy i miasto staje się krępującym zwitkiem żałośnie niskich bloków z wszystkimi pospolitymi mieszkańcami w środku: obok znaki wieszczące postęp - budowa zachodniej obwodnicy, rozkopana powierzchnia, wały, w domyśle Soła ze swoim wartkim nurtem i koloniami bakterii, kolejówka, którą maltretują jadące do papieskiego miasta pociągi; z drugiej strony zdruzgotany, przywalony ziemią rynek, co czeka na swoją kolej po zbawienie, skromne posągi tutejszych bohaterów, słowem obraz śmiesznego miasteczka w samym środku ostrej dupy, poza domem pozostają teraz wyłącznie wykolejeńcy i policja, pojedyncze patrole pilnujące granic przed jakimś wyimaginowanym wrogiem; siedzimy na chodniku i obserwujemy jak godzina rozkłada się po godzinie, dżoje skręcone, sorcik zrobiony, zapalamy po fajce; dym unosi się w górę i znika gdzieś w atmosferze - przypadek goni przypadek, myślę sobie, jak się tutaj znalazłem, kto mnie zaprowadził, istnienie jest jak sen; prawda jest pustką, musi wykraczać poza dźwięki, pojęcia i słowa, więc po co to całe zadawanie sobie pytań, rozpalasz, rzucam w stronę Zbysia, podając mu cricketa i dżoja, rozpalam, odpowiada, po czym wyrzuca kiepa, wyciera wilgotne usta i zaczyna opalać końcówkę. W ogóle mieliśmy strasznie dziwny montaż, to znaczy w sumie montaż jak to montaż, ale tym razem w bardzo kęckim stylu: ustawiamy się z jakimś kolesiem i idziemy na osiedle, przed klatką stoją ziomki, w zasadzie sami gówniarze bez właściwości, hybryda barbarzyńców, siema, siemka, stoimy, czekamy, minuty upływają na krępującym milczeniu, pytania o godzinę i pomiędzy tym wszystkim myśl, by czym prędzej stąd spierdalać, ogarnąć temat i ulotnić się jak ten dym, który teraz wydychamy: tymczasem już jest dobrze, już wszystko pracuje, zwoje i zwitki dokręcone, nieznośna lekkość wiadomo czego, siedzimy na chodniku, a za nami owiana ciemnością wiklina, ktoś wylał atrament na drzewa, ktoś chuchał na liście, bo lewitowały w powietrzu, słyszeliśmy pojedyncze kroki zwierzątek na polnej drodze, co nadają się tylko do krojenia - granicę pomiędzy miastem i lasem wyznaczała budowa zachodniej obwodnicy, twardy beton i co tam jeszcze, żadnych samochodów w pobliżu, idziemy stąd, proponuję, odbierając dżoja od Zbysia, spoko, tylko uskutecznimy ten syf, odpowiada, palimy po trzy, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po trzysta. Potem idziemy w stronę kortów, przechodzimy przez alejki, też rozkopane i opustoszałe, tylko okaleczone ławki noszą znamiona ludzkiej obecności: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;łysy to pedał, love love&lt;/span&gt; oraz inne, równie kuriozalne hasła, slogany i manifesty, jest dzień roboczy i środek tygodnia, niebo przecina samolot, w oddali słychać przytłumione warkoty silników, poruszamy się powoli i opieszale, tracimy perspektywy i punkty odniesienia, rzucamy pojedyncze słowa, lejemy w krzaki lejemy na ulicę, Zbysiu spluwa na ziemię, coś musi się dziać, więc jest tak, że wracamy, może powoli zbieramy się w stronę domu, pytam, spoko, możemy powoli iść, słyszę w odpowiedzi, więc przy drugim dżoju, który odpalamy już na kortach, sytuacja zmienia się w drogę powrotną; przechodzimy przez podlesie, zegar na małej, gównianej stacji kolejowej pokazuje trzecią piętnaście, ale to fejk, to nieprawda, tutaj czas się zatrzymał, w istocie jest wcześniej bądź później, jest dalej. Skręcamy na owiane mgłą stawy - rozległa, otwarta przestrzeń przynosi chłód i jakiś niepokój w powietrzu, horyzont urywa się na poziomie niewprawnego spojrzenia, przed nami majaczy Żar, schronisko na szczycie, wygląda jak płonąca forteca, Zbysiu twierdzi, że to świetne miejsce na kręcenie filmu, dwaj wędrowcy wkraczają do zgliszczy zamku, dwaj wędrowcy robią coś, gdzieś idą, mają zadanie i zajęcie, ktoś na nich czeka, ktoś o nich myśli, wędrowcy nie są więc zostawieni sami sobie; przystajemy jeszcze na fajkę, leżymy na polnej drodze i wszystko zmusza do drgań, wysoka trawa pozbawia możliwości manewru; niedługo świta, mówimy, niedługo świt, myślimy, czy ta noc miała chociaż trochę idei, czy można o niej &lt;span style="font-size:130%;"&gt;milczeć&lt;/span&gt;, czy można się już &lt;span style="font-size:130%;"&gt;położyć&lt;/span&gt;, &lt;span style="font-size:130%;"&gt;odłożyć &lt;/span&gt;to na później&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-327630240589539284?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/327630240589539284'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/327630240589539284'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/08/113.html' title='.113'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6718444590788631266</id><published>2011-08-23T13:17:00.000-07:00</published><updated>2011-08-23T13:18:35.040-07:00</updated><title type='text'>.112</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;I co i co, po przerwie, wchodzą napisy, nagle owacje gości zgromadzonych w obszernym studio na obrzeżach miasta turystycznego, po którego drogach w centrum suną najebane nogi najebanych anglików, roszczących etnocentryczne prawa francuzów, owianych złą sławą irlandczyków, japońców nieodzownie przywołujących na myśl pytanie: "co oni tutaj robią, po drugiej stronie planety"; ponadto wszystkie obiekty przypadkowe jak ciężkie, przywracające do rzeczywistości poranki dni następnych, prezenter pyta czy zjedliście kanapki, skoczyliście w tak zwanym międzyczasie do sklepu po bronxy, czy oddaliście siku w ciasnych, blokowych kiblach, gdyż - słowem przypomnienia - w poprzednim odcinku sześcsześcsześc kierowca zaginął w akcji, święty żywcem wzięty, do szatana skierowany, w bezdenne czeluści zepchnięty, a towarzysze jego wpadli w kręgi światła poza układy czasowe, co z nich listów nawet nie napiszesz, smsa nie poślesz, mejla nie otworzysz i czego tam jeszcze nie zrobisz, i wtem powracają w okolicznościach niejasnych jak wieczorne niebo nad nami, wszyscy razem, są w samochodzie i jadą na pobliski szczyt, sześcsześcsześc kierowca nadal nie nazywa się konrad, trasa przez góry: Wołek, Górka Bujakowska, Żar - swoją drogą, miał być tutaj woodstock, ale władze miasta się nie zgodziły, wszystko powraca; i teraz, i już, obraz się zawęża do rozmiarów małej ikony, ląduje w narożniku ekranu, logo logo zdrowa muzyka, przebitka, głos narratora mówi, byście nie odchodzili od odbiorników, zaraz powrócimy, jeszcze dwie reklamy, szampon i papier toaletowy, zaraz wchodzimy na wizję, nastawić wszystkie wichajstery, światło, za chwilę dalszy ciąg programu&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6718444590788631266?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6718444590788631266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6718444590788631266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/08/112.html' title='.112'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2011181308167547568</id><published>2011-08-18T06:25:00.000-07:00</published><updated>2011-08-18T06:26:20.397-07:00</updated><title type='text'>.111</title><content type='html'>&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Następne tygodnie obfitują w zmieniające się okoliczności. Siedzę na Bocheńskiej i czuję się w związku emocjonalnym z kubkiem przedstawiającym wizerunek kota Miałczaweliego, któremu to owe imię podarowaliśmy w czasach - relatywnie, gdyż wyłącznie z obecnej perspektywy - starych i odległych; później stoję na wylocie floriańskiej i zapraszam ludzi tak zwanego zachodu, aby wypili piwo po okazyjnej cenie w knajpie owianej powszechnie złą sławą, bronx czwórka pięć szotów za piątkę wpadajcie - i bądźmy przy tym wszystkim szczerzy: za tą trywialną i prostą czynność biorę kaszę, kaszę śmieszną i pożałowania godną, ale zawsze kaszę; wydaję ją w następnych dniach na jedzenie, przeżycie, na palenie fajek na zatłoczonym balkonie ze stali czy chuj wie czego - rozpościerający się z niego widok przytłacza, ale w przeciwieństwie do poprzedniego skłotu ma w sobie jakąś ideę, przyciąga i fascynuje gości przewalających się tutaj z powodów przypadkowych mniej lub bardziej. Ściany otaczających nas kamienic ropieją i marszczą się zupełnie jak cera wszystkich lokatorów uwięzionych - bo jakże inaczej nazwać ten stan - w środku, za szczelnie zamkniętymi oknami. Z trzeciego piętra cała brama sprawia wrażenie krępującego panoptykonu, w którym represja goni opresję; w dole trochę żałosnej namiastki zieleni i drzewo, tak, drzewo wyrastające zupełnie z dupy, mające swe korzenie w twardej i rzeczowej ściółce pokrytej betonem. Czasami, kilka razy dziennie, tą małą przestrzeń od jednej ściany do drugiej przepełnia jakiś przypadkowy głos, krzyk, strzępy rozmów prowadzonych na wysokości drugiego i trzeciego piętra, słowa przelatujące z parapetu na parapet, zazwyczaj są to zimne, ochrypłe głosy tutejszych kobiet, którym zawsze towarzyszy dym. Żyjemy normalnie, czekając na koniec wakacji. Gotujemy obiady, spędzamy czas, porządkujemy stany rzeczy - te są proste i wyznaczają cykle kolejnych dni. Trudno szukać odniesienia; pozdrawiamy sąsiadów i w pretensjonalnie życzliwym tonie wymieniamy ze sobą kilka słów. Huk alei dociera do nas przytłumionymi zgrzytami: silniki samochodów, przejeżdżające na sygnałach karetki i ambulanse, sporadycznie ryk zawieszonego wysoko nad nami samolotu przypominają o świecie, w którym uczestniczymy z dość sporą przecież rezerwą, który badamy z perspektywy dystansu, jakby w oczekiwaniu na jakiś sygnał, punkt kulminacyjny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2011181308167547568?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2011181308167547568'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2011181308167547568'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/08/111.html' title='.111'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8351289888044219502</id><published>2011-07-17T09:45:00.001-07:00</published><updated>2011-07-17T09:46:15.053-07:00</updated><title type='text'>.110</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="Apple-style-span" style="font-size: large; "&gt;Nie wiem, lato.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8351289888044219502?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8351289888044219502'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8351289888044219502'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/07/110.html' title='.110'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5494765896282357797</id><published>2011-07-06T03:32:00.001-07:00</published><updated>2011-07-06T03:46:45.890-07:00</updated><title type='text'>.109</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jest tak: jakaś godzina, któryś dzień tygodnia; za oknem przewijają się sceny rodem ze średniego okresu Bergmana, szaleje szarość i ta krępująca, przerywana wzmagającym się wiatrem cisza, mieszkania opustoszały, ludzie wyjechali, drzwi deskami zabite, okna taśmą izolacyjną zaklejone, jałowość, ponadto deszcz, kropelki przebijające długie kilometry podczas drogi w dół, nie ma już tutaj czego szukać, myśli naćpany Matoł, czekając na tramwaj, jest przy pętli, co wypluwa w miasto ostatnie tramwaje, krowodrza górka, jeszcze kilka innych, anonimowych postaci; tramwaj nadjeżdża, więc Matoł wsiada do środka, zajmuje miejsce, siedzi, przez chwilę obserwuje, po czym zamyka oczy, przestrzeń wagonu to pewne wyjście, mówi sobie w myślach, słyszy głosy współpasażerów, życie jest proste i można wiele wyczytać w gazetach, ich usta poruszają się w górę i w dół, odgrywając banalny spektakl interakcji; po chwili tramwaj linii 5 rusza, przyspiesza, a pojedyncze obrazy za mokrą szybą zmieniają swoje właściwości - Matoł obserwuje ich taniec swoimi zaczerwienionymi oczami, przypadkowe kamienice, bryły, zaparkowane samochody, grupki ludzi na kolejnych przystankach zasilają pojazd, którego kabina - najpierw będąca pewną, jak to ujęto, ucieczką - teraz staje się gwarna i przepełniona zapachami, Matoł myśli o wielości istnień i fabuł w każdej przemijającej sekundzie, kto steruje tymi wszystkimi prostymi uniesieniami, banalnymi namiętnościami, co miotają umysłami spotykanych wszędzie ludzi. Matoł wsłuchuje się w szepty i rozmowy, ale słyszy tylko miałki bełkot, który przechodzi w hałas, wszystko zlewa się w jeden dźwięk, jedną melodię, złożoną z lokalnych spraw i problemów symfonię osiedla, jest przed północą, byle zdążyć, myśli Matoł, spoglądając na zegarek, zdążyć wrócić, za nim kilka zupełnie absurdalnych dni, podczas których zmieniał stany skupienia, rodzaje suwerenności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Teraz jestem u siebie, cokolwiek to znaczy, pada deszcz i słyszę odległy jazgot ciężarówek z Alei, gdzieś w górze niebo przecina samolot, z pokoju obok dochodzą przymulone dźwięki muzyki, palę fajkę, obserwuję jak dzień umiera po dniu, niczego nie roztrząsam, nic mnie nie martwi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5494765896282357797?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5494765896282357797'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5494765896282357797'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/07/109.html' title='.109'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2841331475854772317</id><published>2011-07-02T10:35:00.001-07:00</published><updated>2011-07-02T10:35:46.857-07:00</updated><title type='text'>.108</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zbliża się świt, siedzimy na balkonie; drganie, drżymy, paląc papierosy - mam przed sobą wszystkie te ciężkie od absurdu i przypadkowości poranki, długie noce na krowoderskiej, upalne popołudnia na Prądniku, spontaniczne kawy na Kazimierzu, godziny przetrawione w ciasnych mieszkaniach kamienic, drogi powrotne i gubienie rzeczy, nieuwzględniane wcześniej zmienne - teraz jest ciepło i daleko, nastroje schyłkowe, więc jeszcze przez chwilę balansujemy na krawędzi, bo jakże inaczej to nazwać, skoro wytworzyliśmy w sobie ten mały wszechświat z namiętnościami i sprawami poważnymi mniej lub bardziej: nastaje poranek i obserwujemy go z perspektywy dystansu, jest tak, jakbyśmy śnili; jakbyśmy, powodowani błogim znużeniem, chłonęli pojawiające się zewsząd obrazy, rejestrowali pojedyncze dźwięki, warkot silników, śpiew ptaków, wszystko bez możliwości zapisania, przestrzeń rozmywa się i mutuje w pokładach rzeczy martwych, teraz całość sprowadzimy już tylko do słów, do snów, jeśli jeszcze w ogóle mają jakąś rację bytu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2841331475854772317?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2841331475854772317'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2841331475854772317'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/07/108.html' title='.108'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5216988947024949677</id><published>2011-06-17T10:24:00.000-07:00</published><updated>2011-07-04T17:24:44.635-07:00</updated><title type='text'>.107</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzień wypełnia skwar dostający się pod ubrania, upał w mieszkaniu i na ulicy, pot w drodze powrotnej stamtąd tutaj; dłonie nasiąkają nieznaną dotąd naleciałością i wydaje się, że w cieniu tego złego słońca wyczekujemy czegoś, co wciąż - jak wierzymy - wisi w powietrzu, wszystkie ruchy redukujemy do niezbędnego minimum: historia nadal trwa, a jednak permanentnie prześladuje nas wrażenie jej końca, jej schyłku. Jest tak, jakbyśmy otworzyli ostatni rozdział, znajomi wyjechali bądź umarli, a wyzuta z właściwości reszta zatrzymała się na poziomie mniej lub bardziej przypadkowych epizodów; jest jakbyśmy mieli przed sobą pierwsze strony nieuchronnego epilogu, chociaż nadal stoimy w kolejkach i robimy zakupy, gotujemy obiady i palimy fajki - przy tej okazji mamy wrażenie, że nawet dym szybciej ulatuje na zewnątrz, na patio, jakby mieszkanie domagało się szybkiej sterylizacji, powrotu do stanu sprzed nas, sprzed tych chwilowych gości. I zastanawiam się, gasząc peta w przygodnej kiepale, czy już zmutowaliśmy we wrogów tej małej przestrzeni, która jakby wyczuwa naszą coraz mniej pochłaniającą obecność. Noce są długie i ciepłe - pościel klei się od zawieszonych w stanie obłędnego półsnu ciał, ciał przewalających się z boku na bok, niemogących dojść do porozumienia z sobą, miotanych przez wizje płytkich snów. Jesteśmy jak roboty - żadna idea nie powoduje nami w ten upalny okres, znajdujemy się poza historią i próbujemy uratować ostatnie pokłady tak zwanego międzyczasu, kiedy to zajmowaliśmy się głównie folgowaniem - okazuje się, że nawet miasto już nie ma przed nami sekretów, wszystko widzieliśmy i wszędzie byliśmy, miasto traci w sobie miasto, kresu dobiega cała ta ideologia, w której tezy tak bardzo jeszcze jakiś czas temu wierzyliśmy. I obiady czwartkowe przesiąknęły pewnym banałem - zajmujemy się trywializowaniem w coraz bardziej przypadkowym gronie. Żarty się skończyły, przypuszczamy, chociaż nikt nie jest w stanie powiedzieć tego na głos, na forum, podać do publicznej wiadomości, ogłosić; dusimy w sobie prawdę, która powoli wypełza na zewnątrz.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5216988947024949677?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5216988947024949677'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5216988947024949677'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/06/107.html' title='.107'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8001929236514304528</id><published>2011-06-05T15:01:00.000-07:00</published><updated>2011-06-05T15:02:02.030-07:00</updated><title type='text'>.106</title><content type='html'>Są dwie minuty do północy, jest niedziela&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8001929236514304528?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8001929236514304528'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8001929236514304528'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/06/106.html' title='.106'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2062703028892006075</id><published>2011-05-29T01:47:00.001-07:00</published><updated>2011-05-29T01:47:42.232-07:00</updated><title type='text'>.105</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Krótki raport sytuacyjny, gdyż to ostatnia taka niedziela, koniec maja, słońce wschodzi wysoko i wędruje po bezchmurnym niebie, wspina się w górę, a ja spoglądam na zegarek; od rana zajmuje nas myśl o powrocie do molocha, do tego getta wyzutego z pamięci i namiętności, oczekujemy na pociąg, co nas stąd zabierze i wypluje dalej w Aleje, w Dobrego Pasterza, przed nami więc już tylko przyswojona obcość, tylko nieznajomość - tymczasem pokój nosi w sobie okruchy dnia poprzedniego, ktoś tutaj wreszcie spał, ktoś leżał na tym łóżku i napełniał powietrze śladową ilością dwutlenku węgla, ktoś tutaj mieszkał, a teraz znowu na jakiś czas zostawi tą przestrzeń, do następnego razu, myślę z uchylonych drzwi, plecak wrzyna się w skórę, pozostawiając po sobie czerwone pręgi; te znikają wieczorem, a wraz z nimi już wszystkie namacalne dowody mojej wątpliwej i chwilowej stąd ucieczki, za oknem znowu bloki w doskonałej arytmetyce; myślę, że mógłbym o nich pisać jedynie w języku matematyki, chociaż z pewnymi wyjątkami, gdyż język doskonale obiektywny nie jest w stanie objąć jointów w wannie i picia czerwonego wina, tych szczegółów, co napędzają cykl dnia i nocy, wstawania i zasypiania w mieście bez granic, w mieście, które obserwuję z perspektywy zagubionego turysty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2062703028892006075?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2062703028892006075'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2062703028892006075'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/05/105.html' title='.105'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4663321797308744575</id><published>2011-05-21T11:09:00.000-07:00</published><updated>2011-05-21T11:11:03.870-07:00</updated><title type='text'>.104</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nagle zadzwonił telefon.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Halo - odbieram niechętnie. Któż burzy harmonię tego spokojnego wieczoru?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Siema, Krzysiu, jesteś w Kętach podobno.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Alegzy. Jakim cudem takie wieści roznoszą się niezależnie ode mnie. Widocznie Młody musiał mu coś wspomnieć o moim powrocie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- No siema, wróciłem właśnie niedawno.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- To spoko&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- No&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Słuchaj, może wybijesz dzisiaj na jakiś kamień? Będzie Dylu, Kasia, Spajder, jeszcze parę ziomków. Ja się właśnie wybieram, wpadłbym po ciebie po drodze&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- E, no nie wiem&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Byśmy se razem poszli&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Stary, nie wiem, chyba to pierdolę, niedawno przyjechałem, może lepiej jutro jakoś? - I znów rzucam na wiatr kolejne słowa, obietnice, przysięgi, odkładam zobowiązania na później, zobowiązania wobec kolektywu, kolektywu raczej już sprzed epoki, ale zawsze. Jakby nie było, przyjeżdżam tutaj raz na miesiąc, wypadałoby się zobaczyć ze starymi znajomymi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- No, chodź, napijemy się piwa - przekonuje Alegzy zza słuchawki. Już widzę jego aktualną pozę: pewnie siedzi w swoim pokoju, stoi na baczność na dywaniku z ulicami i wyścigówkami, a za jego plecami na ścianie wisi potulne zdjęcie Alegzego-z-pierwszej-klasy-szkoły-podstawowej w dużych, niepasujących i obciachowych okularach kujona, zdjęcie wyrażające radość, dumę, Alegzy, chociaż kadr już tego nie obejmuje, ściska poniżej dyplom przyjęcia do grona uczniów, lansuje się na nim na klasowego prymusa, nieszkodliwego, cichego frajerka, jakim zresztą faktycznie miał pozostać w następnych latach.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Odpuszczę dziś, ledwo przyjechałem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Ej, dziadzia dziadzia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- No.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- To trzymaj się w takim razie, może jutro coś skminimy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- No jutro już lepiej&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- To nara&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;- Nar&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I myślę sobie, że dziadzia to jednak faktycznie doskonałe określenie na moje jestestwo, stary, spróchniały dziad, mentalny czterdziestolatek o pomarszczonej twarzy, co wstaje rano z łóżka i odlicza kolejne godziny tego horroru na jawie, Dziadek, kuriozum, prawdziwie skostniały dwudziestolatek, co ucieka z Krakowa w piątek rano, ucieka w juwenaliowy weekend, w ciągu którego tyle cudów dziać się będzie, tylu pięknych barbarzyńców wyjdzie na ulicę pod wpływem alkoholowych namiętności, tylu idiotycznie skurwionych agiehowców; a na ich ustach wciąż ta sama pieśń, UJ się uczy ujot posprząta, w domyśle: jesteśmy sytymi kretynami bez ogłady ni właściwości, kieruje nami głód, głód jako nieruchomy poruszyciel, jako sprawca czasu. Wracam więc do moich łąk zielonych, do moich lasów, wzgórz i rzek w ten szalony weekend, by właśnie tegoż szaleństwa uniknąć, nie dać się tej bezkrytycznej masie, co - w ślad za pewną pisarką znaną i lubianą - postuluje bezmyślny nanibyzm, bezideowość z promocji, lans na pustkę, cywilizację śmierci aborcję relatywizm oralny, wybacz więc, Aleksandrze, synu Józefa, wybacz Wiktorze, wybacz Kasiu i Spajderze, ale ten wieczór, podobnie jak jutrzejszy, cichym zostanie i kameralnym, gdyż planuję podstęp, plan działania, gdyż wymagam ciszy i spokoju, tony fajek, samotności, termosu herbaty i, co jednak najwyżej, bułeczki z masłem, pastą i serem żółtym.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4663321797308744575?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4663321797308744575'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4663321797308744575'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/05/104.html' title='.104'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2869719986567500842</id><published>2011-05-15T10:36:00.000-07:00</published><updated>2011-05-15T10:37:36.935-07:00</updated><title type='text'>.103</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Europa jest starą kobietą w ciąży, matka musi umrzeć, by mogło żyć dziecko, tak być musi, tak być musi, powtarzamy w chwilach odprężenia. Zaczynam od nazw: to jest nasza komuna paryska, nasza &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tajna baza&lt;/span&gt;, wpadamy na to zazwyczaj w jakieś trzydzieści minut po pierwszym chmurociągu, to jest najniższa komórka, czytamy podręczniki i składujemy bomby w garażu, kałachy z Afganu, postradziecki sprzęt z bośniackich hangarów, knujemy spisek i kminimy podstęp. Psychoza społeczna osiągnęła apogeum, trzymają nas za jaja mocno i hardo, doszło do interioryzacji nadzoru, co z kolei doprowadziło do imperatywu samokontroli; panoptyzm rozwinął więc nad nami swoje postrzępione skrzydła, spalamy się w złym słońcu, czas wyjść z powstaniem, rebelią, skupujcie benzynę, towarzysze, skoro jeszcze można, kompletujcie zapałki na czarną godzinę, gromadźcie bletki, wyjdźcie na ulice w imię prawdziwego blasku, już pora, wybiła godzina, bierzcie sąsiadów, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;spotykamy się na Rynku napiszę do was esa buziaczki pa&lt;/span&gt;, gdyż atmosfera staje się ciężka, nie ogarniamy, za oknem ciemność, kotów miauczenie psów szczekanie, skąd tutaj psy, myślę, a, już wiem, w pasie zieleni za oknem stoi dom, prawdziwy dom z prawdziwym ogrodem&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2869719986567500842?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2869719986567500842'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2869719986567500842'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/05/103.html' title='.103'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3676019056855508691</id><published>2011-05-06T07:03:00.001-07:00</published><updated>2011-05-07T08:57:42.920-07:00</updated><title type='text'>.102</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Relatywizm moralny, mówię, wstając i spoglądając przed siebie; nie pamiętam nic, czarna dziura i pustka, jest tak, jakbym przespał wczorajszy dzień, wczorajszy tydzień, poprzedni miesiąc, która godzina i co na obiad, mam za sobą brak jakiegokolwiek snu, chrapałem, chrapałam jak ci przypadkowi ludzie tysiąc metrów nad poziomem morza - z czasem wszystkie te wysyłane w eter jęki i sromoty zaczęły układać się w pewną całość, pewne cykle, pewien rytm, do którego mogłem idiotycznie przytupywać nogą; o śnie, rzecz jasna, również nie było mowy, krzyku ni pierdu; wspominam więc najgorszą noc tego roku, gdyż to chyba od niej powinienem zacząć, och, ciągle trapi mnie odnajdywanie punktów odniesienia, jakichś wskazówek czy znaków, niedługo chyba wrócę do pamiętnego roku pańskiego '91, wiatr dął straszliwie, prawdziwy, górski wiatr obijający się o ściany schroniska, w którym przyszło nam spocząć; wstaliśmy wczesnym porankiem, a całe wzgórze otoczone było mgłą tak przeraźliwie gęstą, że aż mogliśmy ją łapać i więzić na dłoni jak robale w ich ostatnich chwilach;  przesypywała się nam pomiędzy palcami zupełnie jak piasek, chociaż najbliższe wybrzeże znajdowało się jakieś osiemset kilometrów stąd; południową granicę, jak się okazało, chronili dwaj żołnierze, uwięzieni tu z jakichś powodów w małej budce - widzieliśmy ich znużone spojrzenia, obserwujące nas beznamiętnie podczas zbierania drzewa na ognisko; wieczorem zapalili światła, zamknęli drzwi i nie pokazali się już aż do rana, byliśmy więc ostatnimi ludźmi tej ziemi, najbliżej granicy, trzy cienie skupione wokół ognia, za plecami obce królestwa i złowieszcze światła ludzi mówiących w dziwnych narzeczach, miasta gorsze niż śmierć, pola, których nie da się objąć jednym spojrzeniem.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3676019056855508691?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3676019056855508691'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3676019056855508691'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/05/102.html' title='.102'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6671896967953612257</id><published>2011-04-24T04:41:00.000-07:00</published><updated>2011-04-24T04:44:29.520-07:00</updated><title type='text'>.101</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I wyszliśmy na stacji, a tutaj sprawdzone klimaty - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;syf brud i umieranie,&lt;/span&gt; nieznajomi o buraczanej skórze leją z wiaduktów na przejeżdżające pociągi, odpryski dostają się na zadbane włosy vintage chłopczyków i pięknych kobiet, rejwany całe w moczu, buzie skrzywione w grymasie,&lt;span style="font-style: italic;"&gt; witamy w kolonii, witamy w Auschwitz,&lt;/span&gt; mówią nieznajomi ze skórą o barwie buraczanej, to jest rzeczywistość, w kącikach ust jarzą się kiepy, w lewym kąciku mają zgaszone pety; ich paszcze są jak dzioby pelikanów, zachowują w nich szczątki tytoniu, filterki w obu rodzajach slim i regular, bletki na czarną godzinę, jakieś dodatki, goździki; prawymi kącikami spluwają, a ślina ich jest gęsta i prawdziwa. Wychodzę na zewnątrz, w to wiosenne popołudnie, co powoli, acz nieubłaganie zamienia się w wieczór, słońce schodzi po orbicie coraz niżej i niżej, zderza się z ziemią gdzieś wiele horyzontów dalej, w bliżej niesprecyzowanym, ale odległym jak oceany miejscu, kiedyś w to wierzyliśmy, tak powstaje noc, mawiały babcie i ciotki znad immanentnie przypisanych im papierosów: wydawało się, że bezfiltrowe popularne mają jakoś genetycznie przymocowane do dłoni, na stałe&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6671896967953612257?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6671896967953612257'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6671896967953612257'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/04/101.html' title='.101'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8510355383611013064</id><published>2011-04-22T10:34:00.000-07:00</published><updated>2011-04-22T14:37:08.388-07:00</updated><title type='text'>.100</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Teraz, uwaga, powrót do domu, powrót do zaniechanej twórczości, powrotów cała masa, z miasta zaś odwrót; wróciłem nowoczesnym pociągiem w gronie ludzi ładnych i również budującej myśli o powrocie oddanych - dziesiątkowaliśmy miasto z każdą minutą, ulice pustoszały wraz z upływem bezlitosnego czasu, pomyślałem o porankach w takim opuszczonym mieście, molochu, pustych osiedlach, sklepach, knajpach, któż będzie teraz zasilał wszystkie te loże w bostonie, pufy w spokoju, kanapy w cafe szafe, kto będzie pił herbaty i koktajle po cenach okazyjnych mniej lub bardziej, pytam, sączył piwa w zaćpanych krzysztoforach i skrzętnie oddawał wymiociny po kątach, kiblach, drogach powrotnych, cała trzoda zamknięta w małej przestrzeni nowoczesnego pociągu z klimatyzacją i pachnącym kiblem, w którym - uwaga po raz drugi - ciepła woda leci, w którym mięciutkie ręczniczki rozdają. Za oknem rozciągała się wiosna, wiosna, powiedziałby Młody, na pełnej piździe, w pełni swojego majestatu: przez całą drogę mijaliśmy tylko pojedyncze domki, lasy, łąki przyodziane w żółto-białe dywany kwiatów, a w szerszej perspektywie rysowały się łagodne szczyty gór: czasami dało się zauważyć małe grupki machających w naszą stronę ludzi, istnieli tylko dla nas, podróżnych, zawieszonych w tym stanie przejściowym - wznosili ręce w górę, nad głowę, w świetle zachodzącego już powoli słońca znikał podział na kontury, ciała nie miały granic, niebo nie znało końca: dłonie roztapiały się w powietrzu, lśniły w ciemnopomarańczowej poświacie, przysłaniając jednocześnie kawałki owego światła. Było więc wiosenne popołudnie i z lekkim znużeniem chłonąłem wszystkie te manifestujące się na zewnątrz obrazy, które pod wpływem jakiejś tam jednak prędkości rozpływały się w ułamku sekundy - walczyłem z myślą, czy nie są to li tylko jakieś senne fantazmaty, urojenia skrywane pod powieką jak namiętności w bramach kamienic miasta - miasta, które wszyscy, w kolektywnej zgodzie,I z tej okazji poszedł setny post, proszę o kwiaty, o oklaski&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8510355383611013064?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8510355383611013064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8510355383611013064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/04/100.html' title='.100'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1432619941992448836</id><published>2011-04-14T05:38:00.000-07:00</published><updated>2011-04-14T05:39:56.596-07:00</updated><title type='text'>.99</title><content type='html'>Szecio ładnie wygląda i się uśmiecha, Szecio tańczy i dokazuje przy stole, tupiąc sztópeczką, daj &lt;span style="font-style: italic;"&gt;mi duszę&lt;/span&gt;, mówi, kiedy czytam to na głos, masz n&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ajwiększą duszę z nas wszystkich&lt;/span&gt;, odpowiadam&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1432619941992448836?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1432619941992448836'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1432619941992448836'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/04/99.html' title='.99'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6385495275315172592</id><published>2011-04-09T12:06:00.000-07:00</published><updated>2011-04-09T12:09:17.795-07:00</updated><title type='text'>.98</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Słońce, wiosna, znowu staję się nielegalny, myślę, wychodząc na ulicę, trzymam ręce w kieszeni, są jak stygmaty, przystanek Biprostal, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;wszystkie drogi prowadzą na Biprostal,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; innym razem pada deszcz i zamykam za sobą masywne drzwi, przystanek Plac Inwalidów, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;wszystkie drogi prowadzą na Plac Inwalidów&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, kiedy indziej znowu jest pochmurny wieczór i niebo, na którym widnieje ciemność, żadnej gwiazdy, wzdycham, dopinając kurtkę, niebiosa to mit, przystanek Miasteczko, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;wszystkie drogi prowadzą na Miasteczko&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, żadnego księżyca i cudów, gdy w czwartkowe popołudnie biegnę na 129, przystanek Brogi, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;wszystkie drogi prowadzą na Brogi&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, czekam na Sz. w parku okrytym mgłą, ktoś rozlał mleko, ja rozlewam co innego, bowiem leję pod drzewem, widzę jego majaczącą sylwetkę, nieopodal przystanek Struga, w&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;szystkie drogi prowadzą więc na Strugę,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; myślimy o rękach, co pokryte są wysuszoną skórą, nie zadziała żaden krem, zaciskamy dłonie w pięści, kiedy wsiadamy do autobusu, wracamy na Majora, kładziemy się spać, wstajemy, otwieram oczy, widzę sufit, podnoszę głowę, po drugiej stronie blok Dobrego Pasterza, pięćdziesiąt dwa okna, w sekwencji 3x(4x4) + 4, co daje łączną liczbę okien: 52 na jedną ścianę, czy ktoś tam mieszka, pytam samego siebie, kiedy śnię o tym harmonijnym prostokącie, prosty podział, doskonale skondensowana struktura, czy jest tam jakieś istnienie, otwieram drzwi, które skrzypią, każde drzwi są skrzypiące, zaglądam do mieszkań, halo, wołam, zero odpowiedzi, tylko szum wiatru, niedojedzone posiłki, syf w zlewach, wszyscy mieszkańcy wyjechali w trasę, wojna ich zabrała, ktoś palił tutaj papierosy, ktoś tutaj oddychał, łóżka wciąż ciepłe od ukrytych namiętności, pozostały tylko ślady, tylko urojenia, znowu wstaję i nie wiem która godzina: w dzień nie czuję nic, nic nie mąci mojej równowagi, rzeczy dzieją się jedna po drugiej, a każda z nich jednorazowego użytku, co zrobić z tym popołudniem, wracam z pracy, jestem wyczerpany, kupuję po drodze pastę z tuńczyka, pomidory, chleb, sok, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:100%;" &gt;normalnie, zupełnie normalnie, najnormalniej&lt;/span&gt;, płacę kartą, zamykam za sobą drzwi, jem, bo muszę jeść, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;musisz jeść,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; mówili, więc podążam tym tropem, sprzątam po sobie, 2+2=4, wychodzę, obserwuję zmiany pogody.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6385495275315172592?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6385495275315172592'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6385495275315172592'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/04/98.html' title='.98'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-492131041923537405</id><published>2011-04-09T02:19:00.000-07:00</published><updated>2011-04-09T02:20:01.356-07:00</updated><title type='text'>.97</title><content type='html'>Otwieram oczy, idę do sklepu, ku&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;pu&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;ję kawę, piję kaw&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ę, palę fa&lt;/span&gt;jkę, fusy fusy, kolejna sobota, żadnego pośpiechu, za o&lt;span style="font-size:130%;"&gt;k&lt;/span&gt;nem deszcz i wiatr, śniadanie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-492131041923537405?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/492131041923537405'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/492131041923537405'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/04/97.html' title='.97'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6639795430457819501</id><published>2011-03-25T14:25:00.000-07:00</published><updated>2011-03-25T15:42:00.657-07:00</updated><title type='text'>.96</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pobudka. Spoglądam na zegarek: określam się w czasie i przestrzeni. Jest dziesiąta rano, w kuchni zalegają zarazki, bakterie, całe ich kolonie, wszystkie plagi świata, jak ja to ogarnę, myślę, leżąc na łóżku, jak ogarnę ten ciężki poranek. Stół ugina się od pustych butelek i puszek - brony, czysta, smakowa, ruskacze, winiacze, nalewki, jabole, krew na podłodze, na zasłonach, na drzwiach, wszędzie, wyszliśmy na ulice i mordowaliśmy przypadkowych pieszych, ponadto kiepy w kącie, pogrom i zjawisk ogrom, zaistnieliśmy wczoraj na zaledwie kilka godzin, tak się przynajmniej wydaje, na chwil parę i chociaż nie pamiętam tych wszystkich zmiennych z uwzględnieniem struktur, już wiem, że każda minuta nadchodzącego dnia nie pozwoli mi do końca zmielić w sobie wczorajszej nocy, będzie za mną chodziła do czasu, aż wreszcie zasnę ponownie, objęty i zajęty projekcjami. Wyczuwam w kieszeni portfel - zapewne lżejszy o kilkadziesiąt złotych: i tak oto poszły się jebać wszystkie zajebiste koklety na mieście, zupki dyniowe, wszystkie coffee to go po okazyjnych cenach, przynajmniej w perspektywie kolejnego tygodnia. Znajduję fajki pod poduszką, odpalam, chce mi się rzygać, gaszę, leżę, leżę. Sz robi rosół, rosół - ma się rozumieć - zajebisty, taki, jaki to tylko on umie ugotować, przyrządzić; krząta się więc po kuchni przy otwartych drzwiach i przeklina z pewną częstotliwością, szczęk szkła o szło, leżę, nie wstaję, jebać, wygrywam kolejne trzydzieści minut, świat nie istnieje, w premii dostaję godzinę, combo, pięć godzin, oglądamy filmy, nic do siebie nie mówiąc, zaraz wracam, myślę, spoglądając za okno - po drugiej stronie o uwagę upomina się słońce w nowym, wiosennym wydaniu: jego promienie prześwitują przez żaluzje, tworząc półcienie, jestem nieczynny do odwołania, zwycięzca, odjeżdżam ze studia nowym samochodem, pisk opon.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6639795430457819501?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6639795430457819501'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6639795430457819501'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/03/96.html' title='.96'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3371284152600901088</id><published>2011-03-15T06:11:00.000-07:00</published><updated>2011-03-15T06:18:48.523-07:00</updated><title type='text'>.95</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Piąte piętro, Piast, za oknem, w dole, rozciągają się aleje i bloki, wycelowane w górę prostokąty, prosto do nieba, wszystko ma swój wzór, myślę, paląc fajkę na balkonie, jest ósma rano i piątek roku pańskiego, kolejny piątek, w domyśle namacalny już weekend, spoglądam w dół, bo niby gdzieżby indziej, niskie pobudki, niby jak i kiedy, niebo jest pochmurne i przynosi pojedyncze wątpliwości: że jak to, wiosna się nie wydarzy, utkwiliśmy w zimie, śniegach, zaspach, puchu, na mrozie, w rękawiczkach, na przystankach, ubrani w płaszcze, owinięci długimi szalami, co poddają się każdemu podmuchowi wiatru - uchodzące z nas powietrze dziurawi astral miarowo, wysyłamy je w atmosferę bez żadnej wiadomości, nieznajomy sygnał, jest jak niezidentyfikowana informacja, zero przekazu. W dole więc całe miasto, po którym rozbijają się przechodnie i samochody, tramwaje przepełnione rozbudzonymi ciałami, zalega w nich benzyna, olej, brak wnętrzności brak właściwości. Wstał kolejny dzień, więc jednak następuje jakiś ciąg dalszy tej historii, historii, z której mozolnie próbuję ulepić jakąś całość, w której doszukuję się jakichś kontrapunktów, jasnych znaków, upewnień. Bilans ostatniego sezonu jest niepewny - doliczyliśmy się czterech miesięcy, wydawaliśmy pieniądze, oddychaliśmy powietrzem, paliliśmy papierosy, tyle. A teraz wstaje słońce i ptaki zaczynają krążyć po niebie, dokarmiamy więc ptaki, co przylatują, ilekroć wyciągamy ręce ku górze.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3371284152600901088?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3371284152600901088'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3371284152600901088'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/03/95.html' title='.95'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5573177634703853719</id><published>2011-03-11T13:36:00.000-08:00</published><updated>2011-03-11T13:39:12.804-08:00</updated><title type='text'>.94</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Siedzimy więc na Krowoderskiej, sprawdzone miejsce, gasimy światło i kawalerka tonie w przyjemnym półmroku, odpalamy papierosy i wyciągamy jakąś niedopitą flaszkę, najpewniej pozostawioną z jakiejś odległej już teraz imprezy, schowaną po sylwestrze, kiedy to - w kompletnej aklamacji i kolektywnym porozumieniu -  skurwiliśmy się srogo i ostatecznie, a dnia następnego, nad ranem, zaczęliśmy na nowo; i tak przez cztery dni, z przerwami na krótki, płytki jak Morze Bałtyckie, sen, skromne, przeżuwane z troską posiłki; zajmowaliśmy miejsca przy stole, na parapecie, na schodach, pod kiblem, w kiblu, w wannie, pod fortepianem, przy telewizorze, przy kompie, na łóżkach, na kanapie, stojąc: nie wiedziałem, w którą stronę odwrócić wzrok, co zrobić z dłońmi, pokrytymi zresztą grubą warstwą martwego naskórka, obserwowaliśmy świat na zewnątrz, zamknięci w małej przestrzeni kawalerki; siedzimy więc i dobiega do nas leniwa, spokojna muzyka z głośników obok laptopa, przy którym siedzi Jane; wodzirej, gospodyni tego przybytku, co go tak bardzo sobie umiłowaliśmy, siedzi za ekranem, a na jej twarz pada surowy, biały blask, jej oczy są wyraźnie zmęczone i jak zwykle - jakieś takie trochę nieobecne, jakby ponad tym wszystkim, jakby Jane jako jedyna z całego towarzystwa zdawała sobie sprawę, że poza tym wąskim kręgiem istnieje rzeczywistość, chłodny świat złożony z szerokiej drogi, po której suną tramwaje jak pociągi pełne pożądania, pętle, co wypluwają ostatnie autobusy i gdzie nie mówi się dobranoc, namiętności skrywane w szarych bramach zapomnianych kamienic. Tymczasem jest marzec roku pańskiego 2011, rodząca się do życia wiosna, która ukryła przed nami jakiś podstęp; dopiero dowiemy się o jego treści, jeszcze to wszystko przed nami, ponadto Kraków, stary, poczciwy Kraków, gdzie ukonstytuowałem się już całkowicie, piątek, początek długo oczekiwanego weekendu, zwijamy stiki, rozmawiając o pierdołach, pierdoły to nasz ulubiony temat na forum grupy, sprowadzamy się do ogólnych uwag i w zasadzie nikt niczego nie oczekuje - rzucamy pojedyncze słowa, rozwijamy urwane dotąd wątki, stary wczoraj wieczorem siedzę na przystanku i jakiś koleś leży na ziemi, piździ jak w kieleckim, a ten bez kurtki, totalnie najebany, zaczyna Dżony, a Doma wkręca, że nie, to ja mam lepszy motyw idę sobie kiedyś przez osiedle i patrzę a tutaj koleś leży w krwi na ulicy, no nie wiem co mu się stało, tego typu klimaty, zawija się kolejna bletka, tak wyszło, palimy już trzeci dzień, najpierw kołowałem ja, a od wczoraj mamy chujowy montaż od Ciołka, ale za to dwa zero na sztukę. Nic to, nauka na przyszłość: montować samemu, rozbijać się po mieście i obcych osiedlach, spotykać się z na-wpół-nieznajomymi, ludźmi spotkanymi na jakichś starych imprezach, z którymi odbywa się krótkie rozmowy o paleniu, zapisuje ich numery i do których kilka dni później dzwoni się znienacka w sprawach pilnych i zwłoki nie-cierpiących, siema stary, tu Krzyś, pamiętasz (zawsze pamiętają) byliśmy razem na imprezie, och, będą z tego dwa lole, dwa lole tylko, ale nic się nie dzieje, bo pora już późna i do spoczynku wzywająca, grubo po północy, tyleż wrażeń za nami i słów wysłuchanych. Jaramy w kółku, z niecierpliwością zerkając na tych, co w obecnej chwili dzierżą w dłoniach palenie. Podaję do Viki, rozpalaj, po chwili jej twarz rozjaśnia się miarowo od ognia z zapalniczki, podaj dalej z większą siłą, tak to się kręci, życie. W powietrzu, oprócz gęstego dymu i słodkawego zapachu palenia, unosi się jakaś groźba, coś nieuchwytnego, odór tego wieczoru, tej nocy, tego krótkiego wrażenia, któremu wszyscy poddajemy się ze wzmożonym oddaniem, zupełnie jak kochanek oddaje się swojej kochance, pełen pożądania dla tego ulotnego jak cisza przed burzą momentu. Rozmawiamy o budzącej się wiośnie, planujemy przyszłość małymi kroczkami, jutro zrobimy sobie wspólny obiad, kupimy ryż, sos i dużo mięsa, kto ma dobry piekarnik w mieszkaniu, pada pytanie, odpowiedź jest jasna: krowoderska, to mieszkanie ma w sobie wszystko, czego nam trzeba, my stąd już nie wychodzimy, Jane, czy można się tutaj wprowadzić, pyta Rychu, nadmuchamy kilka materaców i tak będziemy spędzali noce, zwinięci i zawinięci w koce, bo zimno, chłód wlewa się do środka od strony ulicy, przechodzi przez szpary pod starymi oknami, przemyka jak szpieg, agent obcego kontrwywiadu, wdziera się do naszej przestrzeni potajemnie. W zasadzie stanowimy zbieraninę często sprzecznych perspektyw, obserwujemy te same zjawiska, które po jednostkowej interpretacji nabierają dziwnych, egzotycznych kolorów. Tłum nasz jest przypadkowy, chociaż już jakiś czas temu przeszliśmy od twierdzeń apriori do twierdzeń empirycznych, podpartych staranną, zmysłową implementacją. I podajemy sobie drugiego stika, zgromadzeni wokół malutkiego stołu, robi się już naprawdę ciężko; opadamy i odpływamy w siną dal, wracam pamięcią do tych ziem moich rodzinnych, och, jakże odlegle są mi teraz te wszystkie tamtejsze rozterki!&lt;br /&gt;I potem jest tak, jakbyśmy zamykali oczy i odchylali głowy do góry, jakbyśmy spali, śpimy, śnimy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;[I śnię o drzewach pokrytych białą farbą wyglądają jak naczynia włoskowate jak ściółka na drugim poziomie a my wobec niej tacy mali zmniejszeni i bezradni]&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5573177634703853719?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5573177634703853719'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5573177634703853719'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/03/94.html' title='.94'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2689527671038577547</id><published>2011-03-02T12:53:00.000-08:00</published><updated>2011-03-02T12:54:15.814-08:00</updated><title type='text'>.93</title><content type='html'>ma dwadzieścia lat, co za gówno on pisze&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2689527671038577547?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2689527671038577547'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2689527671038577547'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/03/93.html' title='.93'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5245235101950862969</id><published>2011-02-18T03:40:00.000-08:00</published><updated>2011-02-18T03:50:50.464-08:00</updated><title type='text'>.92</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I potem jest tak: wracam do domu, do rodzinnych terenów moich, do tych gór zalesionych, do tych łąk łagodnych. Nastał czwartek i jedziemy do Bielska poszperać po starych knajpach i wszystkich miejscach opuszczonych dawno, dawno temu - póki co siedzimy na kanciapie i pijemy bronxy; za ścianą słychać jakieś nieporadne granie, gitara i perkusja, przypomina się salka na Złotych Łanach, w której znaleźliśmy starą minę przeciwpiechotną, zupełnie z dupy tam leżała, ale jednak leżała i nie wiedzieliśmy, cóż z nią począć: zdetonować, postawić pułapkę przed wejściem czy dzwonić po saperów. I z pokoju obok wychodzą jacyś kolesie, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;blues pomykamy,&lt;/span&gt; mówią,&lt;span style="font-style: italic;"&gt; szukamy gitarzysty, czy znacie jakiegoś zajebistego gitarzystę, co byśmy se razem pograli pociupali&lt;/span&gt;? Odpowiadamy, że jasne, tak się składa, że Alegzy, ten chłopak co tak siedzi niepozornie, gra na wiośle, nie wygląda, ale napierdala całkiem konkretnie, widzisz, Alegzy, montujemy ci kapelę. Dobra dobra, pogadajcie sobie o waszej przyszłej rewolucji bluesowej, o tym, jak to będziecie wyrywać głupie dziewczyny na koncercie z okazji dni Buraczyn Dolnych, a my spadamy do Rudego, bo tam jakaś rokoteka dzisiaj się dzieje, jakiś event się kręci i kapela darmowo gra, muzyka na żywo. Wychodzimy z kanciapy, a na zewnątrz panuje mrok; zaskoczył nas jak gwałciciel samotnie wracającą z imprezy sarenkę, zrobiło się ciemno i czarno, a ja zaczynam pojmować, co miał na myśli Nahacz w swojej ostatniej książce, kreśląc wizję miasta oświetlanego przez reflektory zawieszone na niebie, nad ulicami, na ścianach wieżowców; wszędzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Rudym kompletnie nic się nie zmieniło; na lożach, niczym Czarny Pan, Sam Wiesz Kto, siedzi rozpostarty Mroczny Piotr - to jeden z tych facetów, co ma mordę jak ci kolesie z bajki jumanji, ostro walczy z systemem, nie płacąc twarzowego - Mroczny Piotr w skórzanej, pełnej naszywek ramonesce, we własnej osobie, człowiek, który rozpierdolił miliony, niezniszczalny, kultowy. Siedzi więc w loży, krzywiąc się do wszystkich szyderczo, jak to ma w zwyczaju, tak, że boisz się każdego swojego ruchu, tak, że uważasz na każde swoje słowo; ikona środowiska, gimbusiar postrach, Wielki Konkwistador. Ni chuja, nie idziemy do niego - rozsiadamy się na kanapie obok, spoglądając co jakiś czas w jego stronę. Klub pełen jest ludzi, rozgrywających swój naiwny bunt na poziomie zachowań, średnia wieku: lat piętnaście, niezła impreza w doborowym towarzystwie rocznika 93 w porywach do 94. I idziemy do kibla, a tam poruszenie; dziesiątki małoletnich niedobitków i niedopitków, ktoś częstuje fajką, ktoś daje ogień. I Zbychu mówi, że on się Freudem interesuje ostatnio, że czyta o marzeniach sennych i snach w ogóle, krzyczymy do siebie, kabina obok jest permanentnie zamknięta, pociągamy za klamkę, chuchamy dmuchamy, nagle, po kilku sekundach, ktoś po drugiej stronie otwiera drzwi, wyłania się postać człowieka dziwnego i z jakąś musztardą w kącikach ust, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;chcecie zmontować sztukę po dwazero&lt;/span&gt;, pyta z uśmieszkiem na ryju, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;bo ja tutaj prowadzę sekretny interes w tym kiblu i to jest moje biuro, przede mną ostrzegali rodzice tych wszystkich dzieciaków rocznika 93 w porywach do 94 zanim wyszli ze swoich ciepłych domów na Mistrzejowicach, to ja jestem zły człowiek, co porządnych ludzi na złą ścieżkę sprowadza,&lt;/span&gt; dodaje, kiedy już razem siedzimy w kiblu, spoko, nas nie ma co sprowadzać, my też z tego klimatu, na lajcie, stary, montujemy. I odsypuje mi do papieru toaletowego, bo nie ma dilerek ani sreberka, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;dobra, tutaj masz kasę i wypierdalaj już, bo zwijamy lola,&lt;/span&gt; rzucamy w jego stronę, a ten znika równie szybko jak się pojawił, wychodzi na łowy po dusze dziewicze i ciemnymi interesami nieskalane. A my zostajemy w jego biurze, żeby go nikt nie okradł, ładnie ładnie, zawija się i skręca, przyświecamy komórką. I po chwili nas nie ma, ktoś siedzi w kiblu, ale to już nie my, to supermy, starzy wyjadacze, palimy po trzy, a na zewnątrz zgraja ogłupionych alkoholem metalowców wykrzykuje, że tutaj się pali, że ktoś tutaj z madzią ostro jedzie. Wracamy na salę, gdzie siedzi Mroczny Piotr, och, jego obecność jest transcendentna; Piotr, kiedy siedzi, siedzi absolutnie, całym sobą zajmują tą małą przestrzeń, kiedy mówi, mówi również absolutnie, a słowa z jego ust układają się w niezrozumiałe dla wtajemniczonych mantry, inkantacje, zaklęcia i magiczne formuły.  I to czas, żeby się zawijać, opuścić ten przybytek i wyjść w obce, krępujące miasto, gdzie ostatnim razem byłem jakieś sześc miesięcy temu. Zrywam się z kanapy i nagle czuję mocny uścisk na ramieniu, odwracam się, patrzę: Piotr. Stoi przede mną w całej swojej okazałości, szczerząc szyderczo kły, hooo, cóż moim oczom się pokazuje, toż to Piotr z Jumanji, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;co jest, stary, widzę, że przegrałeś i dlatego masz taki ryj, &lt;/span&gt;on na to: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;hua, kogóż ja widzę, oczom własnym nie wierzę! &lt;/span&gt;Tak, Mroczny Piotr stosuje inwersję świadomie, manipuluje słowami, szacunek szlachecki do siebie wzbudzając, respektem przez ten dialekt się ciesząc. I mówię mu, że w zasadzie to ja się już zbieram, zbieramy. Piotr unosi więc kciuk do góry i podaje mi rękę, żegnamy się, wychodzę z klubu w to miasto, kierunek Biała, mając w umyśle minę pożegnalną Piotra i ten paluszek wyprostowany, będzie mnie prześladował w snach, co mi o nich opowiada Zbychu, będzie mnie ścigał w moich marzeniach sennych i wizjach, wyjadę stąd i pozostawię po sobie tą pamiątkę - Mrocznego Piotra pokazującego mi palec, niesamowity obrazek, myślę, zapinając kurtkę.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5245235101950862969?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5245235101950862969'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5245235101950862969'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/02/92.html' title='.92'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3065743891679173779</id><published>2011-02-09T08:29:00.000-08:00</published><updated>2011-02-09T08:31:47.899-08:00</updated><title type='text'>.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Mamy dwie sztuki i jedziemy do Dżonego na Azory, a miasto znowu staje się piękne i wiosenne, skończyła się sesja i zima, więc podwójne święto, zza gęstych chmur nieśmale przebijają się ostatnie, wieczorne promienie słońca, które odtąd ponownie przejmuje ster i obejmuje dowodzenie. Nad wieżami kościołów i dachami odrapanych kamienic krążą małe ptaki, zataczając zakola w poszukiwaniu jakiejś padliny; w dole, na ziemi i przy ziemi, zgarbieni ludzie powoli prostują swoje potylice, kolesie spod dworca zrzucają grube warstwy pofałdowanej skóry, wołając, że oto nastał kres wszelkiego zimna, które kiedyś, w czasach niepamiętnych i czarnych, tak tragicznie odzialiśmy w szaty złożone z nazwy i znaczenia. Mamy więc dwie sztuki i jedziemy 149 spod Czarnowiejskiej; nagle zdaję sobie sprawę, że drążyła nas jakaś nachalna pustka; wyżłobiła sobie miejsce gdzieś w środku i z uporem wgryzała się w nas jak pojedyncze krople wody w skałę, pustka, co ją przyniosła zima, te śniegi i mróz na zewnątrz, po drugiej stronie szczelnie zamkniętego okna - odgradzaliśmy się nim jak wielkim, grubym murem, z bezpiecznej perspektywy dystansu kontemplując jałowy obraz, jaki manifestował się za nim. Zapach stęchlizny w mieszkaniu, powietrze gęste od potu i jakiejś nocnej niepewności, parno unoszące się nad meblami: wszystkie te oznaki zimowego rozkładu znikają jak odległy sen przez szczeliny w ścianach i pod drzwiami, a na jego miejsce przychodzi świat, rozpościera przed nami swoje cztery strony na oścież tak, że niemalże czujemy przeciąg i wiatr łuskający nasze zdrętwiałe kończyny. Wychodzimy na przystanku, obserwując budzące się do życia miasto, ten pełen wzlotów i upadków moloch, paradygmat, wokół którego toczymy skromny dyskurs. I wchodzimy do Dżonego, który z kurewskim uśmieszkiem na ustach wita nas serdecznie, siema siema - rozsiadamy się na kanapach w pokoju i od razu zwijamy packi. I ciąg dalszy nastąpi.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3065743891679173779?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3065743891679173779'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3065743891679173779'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/02/blog-post.html' title='.'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2122267789150949814</id><published>2011-02-02T12:44:00.000-08:00</published><updated>2011-02-02T12:48:41.278-08:00</updated><title type='text'>.90</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Sz robi zajebisty rosół, serio. Wszystko tam jest, kalafior marchewka pietruszka i coś na s, ale nie mogę sobie teraz przypomnieć nazwy. Seler. I makaron czaniecki od domu w podzięce za wizytę dostanięty, oryginalny (swoją drogą: gdzie robisz, w makaronach). Sz robi rosół, a my czekamy, kuchnia ugina się od smaków i zapachów, dobrze w brzuszku po rosole, powiada znad chochli. I giba się do Bengi od bandy do bandy, a my kupujemy mu czapeczkę szefa kuchni z wielkim wydrukiem &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Szef kuchni&lt;/span&gt;, z fikuśną kursywą, on tu rządzi, jest gotowania mistrzem, wielkim improwizatorem, wieszczem kulinarnym, dzieli i rządzi tą przestrzenią, kiedy finezyjnie stawia sztópeczki, rozkładając ciężar swojego prawie dwumetrowego ciała rozważnie. Siedzimy więc w tej kuchni i kontemplujemy jego natchnienie, zgnieceni i skrzyżowani autorytetem, zmniejszeni, skondensowani do wchłaniania, paląc skręcany papierosy. A na zewnątrz szaleje zima, którą z coraz większą radością powoli odkładamy w niepamięć, do przysłowiowego lamusa. I Sz jest jak magik na trzydziestym levelu, kiedy gotuje dla nas z miłości te swoje pożywne posiłki, ile chcesz za ten pożywny posiłek, pytam, a on na to, że loda, żebym pierdolił kasę. Że on to lubi. To dobra, w zamian napiszę notkę o tym, jak ty to zajebiście gotujesz i że przy tobie to kobiety miałyby jak w raju, nie znają się, kurde. I rzucę coś o tej zimie za oknem - że wszystko się po niej niby zmieni, bo musi się zmienić, zmienia się wszystko każdego roku, no dosłownie wszystko. I konstatuję, że jednak nie chce mi się o niej pisać, że się już wypisało o tej zimie, co jest permanentna jak rewolucja cośtamcośtam, no właśnie, pewnie już się wam nawet o tym czytać nie chce, JEBAĆ. Perspektywa rosołu, perspektywa rosołu, wizja rosołu, rosołu całe pole, kiełba w piekarniku, ale to już nie nasza, należy do Sz, szefa kuchni, co jest w swoim żywiole, co nam podłożył granaty pod siedzenia tak, że nie możemy się ruszyć, bo nam dupska oderwie, siedzimy więc i obserwujemy, bo on tego chce, mamy kontemplować jego geniusz, patrzcie, kurwa mac, patrzcie, mówi do nas, oczy wytrzeszczając i rosół z wyczuciem mieszając, macie patrzeć i podziwiać, bo ja tutaj gotuję, bo ząbki powyrywam, a do was kieruję prośbę, żebyście zadzwonili po jakichś saperów, po jakichś antyterrorystów kulinarnych, niech zrobią tu porządek. Ale niech na rosół uważają&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2122267789150949814?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2122267789150949814'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2122267789150949814'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/02/90.html' title='.90'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4216339916649363645</id><published>2011-01-30T13:36:00.000-08:00</published><updated>2011-01-30T13:40:33.902-08:00</updated><title type='text'>.89</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Utknęliśmy na Wołku. No, zbiliśmy kilka dobrych luf, wyjechaliśmy na szczyt, zajebiste niebo, nie, widać wszystkie gwiazdy, zupełnie inaczej niż w tym postępującym mieście. I w dole cały krajobraz, ten mikroświat, w którym tkwiłem przez ostatnie dwadzieścia lat, teraz zredukowany do objętości jednego spojrzenia - spoglądam na poszczególne światła: Kobiernice, Porąbka, Czaniec, Kozubnik. W szerszej perspektywie Żar, p&lt;span style="font-size:130%;"&gt;ermanentnie pł&lt;/span&gt;on&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ąca &lt;/span&gt;forteca. W zasadzie nie wiadomo gdzie kończy się ziemia i zaczyna niebo; delikatna linia horyzontu wygląda jak niedbałe pociągnięcia jakiegoś malarza, z pewnością musiał być upalony podobnie jak my teraz, kiedy pracował nad swoim niedoskonałym dziełem. I właśnie. I jesteśmy na szczycie, a przed nami z gęstego kłębowiska najwyższych partii drzew wyrastają mury zamku, zresztą chuj nie ruiny, dwie ściany na krzyż i palenisko w środku. Utkwiliśmy. Brachol kierowca sześcsześcsześc wjebał się w śnieg, nie możemy ruszyć, więc postano&lt;span style="font-size:100%;"&gt;wili&lt;/span&gt;śmy wyjść na zewnątrz, porozglądać się i zbić kolejną lufę; i jeszcze nie zdaję sobie sprawy, że tutaj przyjdzie nam umrzeć, przyjdą po nas rozwścieczeni mieszkańcy gór z siekierami i pozabijają nas, rozczłonkują i wsadzą do specjalnych słoiczków, powoli dochodzi do mnie ta myśl, chujowa kmina, ale co zrobić, skoro nawet ta wspaniała aura nie może przyćmić okoliczności, w jakich się znaleźliśmy. Dobra, musimy pchać, mówię, bo trzeba jakoś się wykaraskać, no co, ja mam życie i obowiązki, w ogóle to już tutaj nie mieszkam, przyjeżdżam co jakiś czas w roli turysty, co odwiedza ulubione kurorty wypoczynku, ja teraz pochodzę z poważnego, postępującego miasta, ja mam sesję, właśnie, sesję mamy prawdziwą i egzaminy nas czekają, nie da się pisać egzaminów z prawa konstytucyjnego na szczycie jakiejś prowincjonalnej góry, trzeba pchać mocno, cho, Spajder, Młody będzie dawał po piździe, a my spróbujemy go ruszyć, wołam w stronę Spajdera, który stoi bezczynnie. Który stal się straszliwie szarmancki, który wyjawił mi w samochodzie, że on nie chce mieć kobiet, ale chce z kobietami obcować.&lt;br /&gt;I po chwili &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;pchamy, a kierowca sześcsześcsześc daje po piździe &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;jak trzeba, warkot silnika przebija tą przynoszącą niepokój ciszę. Cisza umiejscawia ten niepokój w nas i, czując, że coś powodujemy, zaczynamy wątpić w te okoliczności, sens całej zabawy. I mięśnie się nam kurczą od tego wysiłku, plujemy kwasem i czym tam jeszcze, tak się naginamy ze Spajderem, który stał się przeraźliwie szarmancki. Więc warkot silnika i dyszenie - po chwili samochód wyjeżdża, daje radę, jesteśmy z powrotem na leśnej dróżce, a wokół nas ogołocone drzewa - jest tak, jakbyśmy byli zawieszeni w tym otoczeniu; piszę o tym wieczorze, bo wydaje się, że to jeden z takich, o których szybko się zapomina; który nawet podczas swojego trwania istnieje wyłącznie połowicznie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracamy Pod Strzechę. Och, te powroty z brzydkiego i drogiego miasta chorych ambicji. Strzecha jest pusta, chociaż to sobotni wieczór, boża pora, przed północą, zdążyliśmy, jedyni ocalali z odległych krain, wyciągnięci z wiru, wynurzeni z otchłani. Chuj tam; po prostu mamy farta, siedzimy i zwijamy tym razem stika, lufka jest opalona i śmierdzi, parzy. I unosi się dzisiaj coś wibrującego w powietrzu; jest tak, jakby ta mała przestrzeń istniała tylko dla nas: piłkarzyki i kolorowa szafa grająca, puste stoły, kiczowate lampeczki na ścianie, ciemna boazeria. Zupełnie jakby legendarny barman-chuj z dołu przyszedł do nas i powiedział &lt;span style="font-style: italic;"&gt;panowie, macie tutaj zajebiste piętro na górze, siedźcie tam i bierzcie te swoje narkotyki, palcie te swoje trucizny i zmieniajcie swoją świadomość, siedźcie tam i nie wychodźcie, bo to będzie miejsce święte, kaplica nowego ruchu, w ogóle mamy też spoko piwnicę jak co, możecie tam założyć swoją bazę, zorganizujemy potajemne spotkanie i w ogóle upadnie kapitalizm i to będzie takie centrum, wiecie, w kętach się zaczęło i będą tutaj przyjeżdżać potem po rady duchowe i jak żyć i na co zwracać uwagę&lt;/span&gt;. I zbiera się ładny grzyb na ścianie tutaj, takie opalone jest to pomieszczenie. I wchodzę do kibla, a tam już pierwszy znak - jeżeli będziecie kiedyś w KĘTACH (woj. małopolskie, sprawdźcie na wikipedii), zajrzyjcie do knajpy Pod Strzechą, taka mała i niepozorna, w zasadzie zaraz obok DK, znajdziecie bez trudu. I jak już tam będziecie, idźcie do męskiego kibla. I jak już będziecie w męskim kiblu, stańcie nad pisuarem, zupełnie jak do szczania. I spójrzcie w górę, nie. To, co zobaczycie, to znak, pierwszy symbol i artefakt, o którym będzie się mówiło wiele w ramach nowego porządku. Planuję liczne konkursy z super nagrodami dla pierwszych dziesięciu osób, co na dowód, iż zawitali do ziemi świętej, poślą mi na mejla zdjęcie tego znaku. Bez kitu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4216339916649363645?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4216339916649363645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4216339916649363645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/01/89.html' title='.89'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2055642311856114410</id><published>2011-01-27T14:53:00.000-08:00</published><updated>2011-01-27T14:54:49.441-08:00</updated><title type='text'>.88</title><content type='html'>i co dalej.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2055642311856114410?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2055642311856114410'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2055642311856114410'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/01/88.html' title='.88'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5259763131048167189</id><published>2011-01-09T14:48:00.000-08:00</published><updated>2011-01-27T14:53:03.461-08:00</updated><title type='text'>.87</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I śpiewamy kolejno rotę, ułanów i okienko, coś tam, wszystkie piosenki patriotyczne świata w jeden wieczór, po co rozmawiać, skoro możemy sobie tak pośpiewać jasno i wyraźnie na całe gardła, z werwą i umiłowaniem ojczyzny w głosie, idąc beztrosko przez Most Grunwaldzki, trzymając w dłoni chłodne, cierpiące już trochę szkło, mając przed sobą Wawel wieże kebabownie i kościoły, całe to wesołe miasteczko, och, tyleż okoliczności, i ten wiadukt po lewej stronie, po którym zapierdala pociąg, przecina tą noc jak rzeźnik kość udową w masarni gdzieś po drugiej stronie globu, jak rozwścieczony ojciec skórę płaczącego dziecka i co tam jeszcze. Jest druga w nocy, ciepło, ciepło, przeraźliwie ciepło, to znaczy skwaru nie ma, powiedziałby Brachol, ale jednak jakiś taki miły wiatr zapierdala nam w twarze, prąd, co się od niego odzwyczailiśmy przez to zimowe pojebowisko. I idziemy na Kazimierz, bo - rzecz jasna - narobiliśmy już dość syfu na Podgórzu, znajoma K. poszła spać, więc jej współlokatorka musiała się nami zając, a ona biedna nie miała żadnych zdolności przywódczych, żadnych, absolutnie żadnych umiejętności, by nas delikatnie wypierdolić, ponaglić w zabawy chceniu, więc musiał przyjśc kolega, też współlokator, zaspany i w ogóle cały w szortach, oznajmił, że chce spać, że chciałby spać, poprawił, więc dobrze, JAKBYŚMY SIĘ TEN, uciszyli czy coś może. No i wyszliśmy, pozostawiając za sobą bliżej niesprecyzowany bałagan, burdel, rozpierdol w salonie, doniczkę okropnie zdewastowaną, kubeczek nieopatrznie rozbity (i wszyscy tak strasznie lubili ten kubeczek, ale już nie lubią, bo oderwało się uszko, przyszli źli ludzie, fizyczni, barbarzyńcy bez ogłady i posłuchu i bluźnierczo zdewastowali naszą przestrzeń, za nic mając tradycję i wspólnych przekonań wyznawanie, kubeczków wywyższanie, tego kubeczka wcześniejsze uwielbianie), ponadto alkohole i soczki na podłodze wylane, w kibelku od niechcenia wymiociny pozostawione. I wszystko to w przeciągu i ciągu i obciągu kilku zaledwie godzin uczynione, tyleż grzechów i lat, co się odkładają powoli do skminienia w piekle. Idąc więc na Kazimierz przez Most Grunwaldzki śpiewamy wszystkie patriotyczne piosenki świata, bo weekend, piątek, bo ludzie przypadkowo połączeni ze sobą i zespoleni pijacką namiętnością, ściskanie i wspólne się uśmiechanie, wszystkie te bezprecedensowe czyny, na które nie ma lekarstwa, i w przeraźliwie ciepłą noc krakowską, gdzieś tam poza rozkładem i formą, kto by pomyślał, kto. I wchodzimy do mieszkania na Kazimierzu, nowa baza, masz zajebiste mieszkanie, fajna klatka, jak z Polańskiego, mówimy do R., która rumieni się i czerwieni, że mieszka w takich surowych warunkach, no prawie jakby z dziewiętnastego wieku i tylko brody jej brakuje, co by żydem została. I pajęczyny oplatują drzwi poszczególnych siedlisk, a my wbijamy do środka, na piecyk stolik krzesełko blacik biurko i szafę, rozsiadamy się, by szkło przestało cierpieć od tego bezczynnego noszenia go w dziurawych kieszeniach. I Dżony mówi, że on już nie pije, dlaczego nie pijesz, pytamy, bo wszyscy chcą, by Dżony wypił z nami jeszcze trochę, by się chłopak dostroił, by się bawił i zbawiał, miała się bawić miała się bawić a jedynie jest zbawiona, mawia poeta znany i doceniany w środowisku literackim, w tak zwanym terenie. I Dżony nie pije, pali papierosy i świeci do nas swoją blond-fryzurą i różne takie tam triki nam pokazuje, żeby w samoobronie łamać innym kości, żeby ich, kurwa, niszczyć i na fragmenciki rozdzielać, poddawać autorskiej anihilacji. A ja w tym wszystkim czuję, że mam mózg upierdolony jakąś majonezową naroślą, w plastikowej torebce, nieopatrznie pozostawiłem całe jestestwo na Dobrego Pasterza w mieszkaniu o szczęśliwym numerze 13 i co tu zrobić, co niby. I tańczyć, pada odpowiedź M., który ma brodę i czapeczkę i luźną koszuleczkę i wygląda prawie jak raper zza oceanu, tylko że jest biały, to taki problem mały. No i tańczymy w tym tandemie, wywijamy, jak się mówi, dość zgrabnie, odwłokiem czy czym tam, na ostro się kręci, zawsze mi wtedy głupio, tańczyć sobie ogień, wytańczywac (tak, autor popełnia błąd świadomie, nie, brak osobowości, brak właściwości) do tchu, do utraty oddechu, do śmierci. I potem, kiedy pot nas zalewa i cała magia uchodzi z nas bezpowrotnie, kładziemy się do łóżeczek. I M., który nota bene wygląda zupełnie jak wujek Tomek, chociaż wujkiem Tomkiem nie jest, zostaje na podłodze, bo tak mu się w głowie kręci, bo tak przeholował i przesadził i dowalił. Dżony wraca na Azory, stopniowo znikamy jak duchy, najpierw fizycznie, ręka noga brzuch uszy oczy, odpadamy powoli, chociaż z łazienki dobiega nas jeszcze odgłos zwracanych posiłków i substancji, to M., wujek Tomek, co wujkiem Tomkiem jednocześnie jest i jednocześnie nie jest. I myślę, że to całe miasto tańczy w takt tego rzygania, wszystkie piękne uliczki i ładni ludzie, z jakimi przyszło mi spać tutaj, na tym łóżku w czternastostopniowym mrozie kamienicy na Kazimierzu o godzinie czwartej nad ranem, niedługo świta, a miasto to dźwięk M., ściek i gówno pod ulicami.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5259763131048167189?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5259763131048167189'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5259763131048167189'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/01/86_09.html' title='.87'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-405130547939963521</id><published>2011-01-04T16:21:00.000-08:00</published><updated>2011-01-04T16:25:24.190-08:00</updated><title type='text'>.86</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tym razem bez sytuacji, bez papierosów, bez alkoholu i rezonansu, słowem: bez niczego. O drugiej w nocy nastał bowiem czas, by rozjaśnić nieco kilka frapujących wątpliwości, by - bez żadnego zbędnego niesmaku - rzucić jakieś chociażby połowiczne światło na ogólną sytuację, która zapanowała w niezwykle zresztą otępionym ostatnio umyśle, otępionym, ma się rozumieć, chwilowo i przejściowo, ale jednocześnie w sposób coraz bardziej konsekwentny pozostającym w tej przysłowiowej permanentnej opozycji, której trzymam się  jak ostatniej deski ratunku na kształt tonącego, co brzytwę ujmuje w swoje ręce, no bo jak inaczej się tutaj ratować, skoro za oknem ni chuja idei (mawiał znany poeta), żadnych nawet  poszlak wskazujących na jakieś ontologiczne przeobrażenie, żadnych przesłanek i znaków. Stoję więc na autostradzie, a świat rozpościera przede mną wszystkie swoje cztery strony, rozpościerające się horyzonty tylko w domyśle posiadają kresy, więc jest tak, jakbym wobec tego całego kuriozum miał położyć się i oczekiwać na deszcz grad burzę czy co tam jeszcze, coś, co dałoby jakieś jednoznaczne podstawy do sądzenia czegokolwiek. I skoro tym razem ma być bez sytuacji, niech tak pozostanie. Ta przestrzeń, jaką dzierżę, całe to miasto, co z czegoś, co nazywa się pętlą, wypluwa w siebie, w noc, ostatnie tramwaje, których zwrotnice skrzypią i przywodzą na myśl ujadanie przypadkowych zwierzątek na nocnej dróżce, to zapadłe i odrapane miasto pełne niskich pobudek i obcych klatek, pokrytych kurzem i pajęczynami, blokami przywodzącymi na myśl jakieś futurystyczne szaleństwo, kolos emanujący powszechną pogardą i nieokiełznaną pogonią za czymś ściśle nieuchwytnym, konstytuuje się we mnie z coraz większą mocą wraz ze wszystkimi przypadkowymi towarzyszami podróży, jakich samo mi przysyła w chwilach odpowiednich mniej lub bardziej. Zapadam w cykl, który mutuje w normę, a przecież tak kurewsko mocno próbuję uciec od niej i, jak się wydaje, robię to teraz tylko podczas śnienia, co i tak odbywa się pod rygorystyczną kuratelą formy, języka i braku treści. I to ostatnie jawi się jakoś najwyraźniej, najdobitniej ze wszystkich utrapień, bo wykształcam pewien swoisty system immunologiczny, którym zwalczam narastające wątpliwości, system objawiający się w środkach zastępczych, tak zresztą niefortunnie dobieranych. I jest noc, nie ma sytuacji, za oknem widzę ścianę kolejnego bloku, a w nich, wiadomo, poziome i pionowe akty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-405130547939963521?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/405130547939963521'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/405130547939963521'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/01/86.html' title='.86'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1131822898185605326</id><published>2011-01-03T05:33:00.001-08:00</published><updated>2011-01-03T05:33:32.785-08:00</updated><title type='text'>.85</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Albo to Tesco na Dobrego Pasterza w Krakowie. Ludzie, nie kupujcie w Tesco na Dobrego Pasterza, sto metrów dalej macie Biedronkę, obok jest jeszcze monopol. Sto tysięcy ludzi w sklepie i dwie kasy czynne. I przy jednej stoi ta z okularami, jeżeli tam kupujecie, to na pewno kumacie o kim mowa. I stoi. I stoi. I chcesz kupić dwa soczki, bo masz kaca, wczoraj była impreza i twoje gardło przypomina lej po wybuchu, strefę napromieniowaną, Geiger skacze i wariuje, ale nie, bo przed tobą stoją te wszystkie babcie z zakupami do schronów przeciwatomowych. I kupują, kurwa, kupują wszelakiej maści dobra materialne, chociaż zastanawiasz się po co ci, kobieto, te gąbki, jakieś ścierki i dziesięć kilo cukru, no po chuj, pytam. I mija dziesięć minut, a ty stoisz w miejscu, jak kretyn, w kolejce po dwa soczki, bo musisz je wypić, jesteś częścią tego syfu i z tego składa się twoje życie, co je tak pięknie marnujesz w okolicznych supermarketach osiedlowych. I po stu latach przychodzi twoja kolej, podchodzisz bez słowa, no nie spierdolisz kasjerki, no bo co, to nie jej wina, to niczyja wina, że tkwisz tutaj jak kołek, chociaż w domu obiad ci stygnie, kobieta ucieka. Bry. Kasujesz punkciki. Żeby nagrody były, nie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1131822898185605326?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1131822898185605326'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1131822898185605326'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2011/01/85.html' title='.85'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2962155724809468698</id><published>2010-12-28T10:24:00.000-08:00</published><updated>2010-12-28T10:27:59.505-08:00</updated><title type='text'>.84</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;M. i S. ubierają kurtkę, ja jeszcze się ociągam i błagającym wzrokiem spoglądam w stronę A., który jednak również wstaje od krzesła i zaczyna się zbierać. Widząc to, P. też podrywa się z miejsca i po chwili - jak zostało powiedziane - wychodzimy na zewnątrz, w ten zimny i szary krajobraz, brnąc w śniegu w stronę Czańca. I nie jest wesoło. Idziemy jeden za drugim, wlokę się na końcu. Mijają nas samochody, czasami trąbią z niewiadomych pobudek w naszą stronę. Przed nami na wysokości, niczym latarnia, iskrzy się wieża na Żarze, wygląda zupełnie jak płonąca forteca, sama wobec nieprzyjacielskich sił, odizolowana grubą warstwą obcych wojsk. A ja piszę raport z tego oblężonego miasta*, które niosę ze sobą na drogach wygnania, bo istnieją tylko takie, dopóki nie dojdziemy na miejsce przeznaczenia: już będąc tam, zbijemy lufę szybko, pośpiesznie, gdzieś w zaułku, co ich pełno w Czańcu, przyświecając komórkami na woreczek, oblizując i następnie wycierając w rękawy wilgotne wargi, wreszcie - szukając nerwowo ognia, na pewno na samym początku będziemy podejrzewać, że go zgubiliśmy, że nie ma i trzeba zapierdalać na bp po głupie zapałki, ale w końcu, w chwili olśnienia ktoś wyjmie z kieszeni zapalarę i się zacznie. I się zacznie. I w milczeniu będziemy przekazywać sobie lufę, spoglądając uważnie na każdego, kto w danej chwili będzie dzierżył szkło, w podobnym milczeniu odchylimy głowy w górę, patrząc na beznamiętne, zimowe niebo. I polecimy w jego stronę, już zupełnie w innych odmianach suwerenności, o której tyle śnimy, z uśmiechem na twarzy, jakbyśmy wreszcie zahaczyli o jakieś szczęście; bo przecież tylko tego pragniemy, tego szukamy, jesteśmy jednością na tej osamotnionej wyspie, zamieniamy się w jakiegoś ultrazorda, organiczna całość, jedna percepcja, jedna rzeczywistość, jedność. Pozwalamy sobie na niezobowiązujące dygresje:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;______________________________________________________________________&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I coś się musi dziać, więc wracamy Pod Strzechę, a na zewnątrz szaleje rozwinięta w pełni zima, maluje się nam jak choroba, która pogrąża nawiedzane ciało; jej oddziały zasypują ulice, dachy kamienic i ogołocone drzewa, zamieniając okolicę w senną, mroźną dziurę. Ujadające zza płotów psy szczerzą się do nas wrogo; obserwują każdy ruch, jakby tylko czekały na błąd któregoś z nas, marzą o ciepłych, przepełnionych krwią i czym tam jeszcze gardłach. I jutro wigilia roku pańskiego, chociaż w gruncie rzeczy nikt z nas o to nie dba, nikt tego nie czuje, no bo jak czuć, skoro nie kupiliśmy żadnych nowych spodni, nie podarowaliśmy sobie coca-coli ze specjalnej, limitowanej butelki - z perspektywy systemu jesteśmy więc zbędnym elementem, odszczepieńcami tkwiącymi w permanentnej opozycji wobec rzeczywistości; gardzimy nią jak ostatnią szmatą, bo wiemy, że nie oferuje nam ona kompletnie niczego, co moglibyśmy przyswoić i uznać za swoje. Przemijamy więc jak te pory roku, zupełnie niczego nie oczekując, zamknięci w czterech pokojach marzymy o jakiejś duchowej Utopii, która zazwyczaj przychodzi na krótką chwilę, gdy ktoś wyciąga z kieszeni świeżo zrolowanego sticka bądź piksa i podaje go w naszą stronę. Istniejemy wyłącznie w tym wąskim obrębie, zupełnie nie wiedząc, gdzie obudzimy się dnia kolejnego; szukamy przypadkowych łóżek, które zastępują nam dusze, niskich pobudek w obcych mieszkaniach, wagonach pociągów, siedzeniach autobusów, kabinach kierowców. Brakuje nam idei i ciągle zastępujemy ją przypadkowością, rzucamy się w wir jakiejś materialnej tromtadracji, szukając prawdy w klubach, knajpach, dragach, przelotnych znajomościach i szybkich romansach, bez zakazów i nakazów, bez sztywnego gorsetu imperatywnej doktryny, w gronie ludzi brzydkich mniej lub bardziej, ale jednocześnie samotnie. I tak to wszystko się kręci.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2962155724809468698?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2962155724809468698'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2962155724809468698'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/12/84.html' title='.84'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5539015129078624381</id><published>2010-12-16T14:21:00.000-08:00</published><updated>2010-12-16T14:46:01.400-08:00</updated><title type='text'>.83</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I jest tak właśnie, Irciu. Siedzimy w mieszkaniu, bo cóż począć, skoro za oknem śnieg i przeraźliwe zimno, i cała paleta odmian szarości, do tego ten deszcz, który powoli zamienia to wszystko w nieznośną mieszankę; jest tak, jakbyśmy - tonąc w tej brei w drodze na przystanek, uczelnię - przechodzili z jednej skrajności w drugą, jakbyśmy, pełni niewiadomej rezygnacji, zmieniali stany skupienia; ta zima odbija w nas swoje piętno, wisi w powietrzu jak groźba, od której nie ma ucieczki w żadnej z przyjmowanych perspektyw. Palimy papierosy, kuchnia ugina się od dymu, a ściany porasta dziwna narośl; w zasadzie moglibyśmy ją stopniowo zlizywać, wygląda to tak, jakby ta mała przestrzeń - ten rubikon skrzętnie skrywanych namiętności - obrósł w zapewniającą ciepło grubą warstwę tłuszczu. A jednak mróz przechodzi przez szczeliny, a nocami z nieprzystępnego świata na zewnątrz słychać pojedyncze, urywane głosy skandujące obce imiona. Ich dźwięk wypełnia nasze głowy; zrywamy się więc ze snu i nasłuchujemy, bo cóż innego mielibyśmy robić - w zasadzie jesteśmy ostatnim bastionem na tej ziemi obiecanej, garstką ocalałych z jakiejś zapomnianej katastrofy, wyrzuceni w tą zupełnie obcą rzeczywistość. I miota nami to miasto, któremu brakuje granic, które przybiera postać absolutnego molochu, jakiejś organicznej machiny, mielącej wszystkich jej niewiernych. Wieczory są długie i nie prowadzą do żadnych sensownych konkluzji; zaopatrujemy się więc w tani alkohol, żeby jakoś przetrzymać tą hegemoniczną zimę. I nie wiem, Irciu, czy można mówić o drugim dnie, skoro jeszcze nie odbiliśmy się od pierwszego; dryfujemy na tej płaszczyźnie zupełnie bez steru, oczekując na jakąś domniemaną wiosnę, w której przecież czai się podstęp.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5539015129078624381?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5539015129078624381'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5539015129078624381'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/12/83.html' title='.83'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1329304521202649916</id><published>2010-12-08T04:24:00.000-08:00</published><updated>2010-12-08T04:31:19.311-08:00</updated><title type='text'>.82</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Chłopak stoi obok przystanku, pali papierosa - może teraz, może teraz wreszcie i ostatecznie coś się odmieni, coś ukonstytuuje, wejdzie do dobrego tramwaju, zostawiając za sobą cały śnieg i deszcz, absolutną breję tej zimy, do której przecież nijak mu i z żadnej, absolutnie żadnej strony, konsekwentnie drążące skórę malutkie ciężary na barkach, nadmiar powietrza w organizmie, może teraz będzie miał czas, by zając się tym, co już od dawna woła swoje imię wyraźnie; jawi się jako czarny, przeoczony punkt na prostej, dopominająca się o uzupełnienie forma zadania. I chłopak wysiada na dworcu tego zapadniętego miasta, nieznajomy w krainie zupełnie obcej, sam na podjeździe, bo tak zawsze chciał, ma więc swoje chcenie, idzie prostą ulicą i nie jest w tym chodzeniu jedyny, wokół roztaczają się odrapane kamienice; w szerszej perspektywie prowadzą na sztuczny rynek wraz ze swoimi sztucznymi atrakcjami, sople lodu spadają na chodniki, cierpliwie czekając na nieuważnych, żeby wbić się w ich pochylone głowy - głowy zmarznięte, spocone, łyse, zakryte czapkami, owinięte szalikami, słowem: odizolowane od tej rzeczywistości jak umysły długowłosych z Prądnika, kiedy już załadują sobie odlot, ból nie istnieje, mówią, kiedy przechodzisz obok, jestem gotowy, moje żyły są gotowe, a skoro są gotowe, to przecież przetrwają kolejny sezon. Kolesie spod dworca wstają, by zarzucić na siebie nową skórę, teraz bowiem będzie już tylko sól na policzkach, noce już nie tak oczywiste i jednocześnie mniej przystępne, powszechna mobilizacja spowodowana brakiem tłuszczu pod cienką jak reklamówka skórą. I chłopak idzie przed siebie, bo co ma robić, coś się odmieni wreszcie, więc posuwa się dalej wzdłuż długiej ulicy, czasami wychodzi słońce, ale w nim czai się podstęp, jest fałszywe i krótkotrwałe, obdarowuje go przelotnym promieniem i skrywa się za gęstymi chmurami jakby nie chciało patrzeć na ten spektakl, tą wąską przestrzeń, wokół której wszyscy zgodnie zbudowaliśmy swoje małe istnienia, wszystkie sprawy, co się ich załatwić na czas nie da, przedmioty i fajki wyrzucane w zaspy, benzynę w kieszeniach, zostało w chłopaku bowiem jeszcze coś z tego plakatu, gdzie mała dziewczynka oznajmiała, iż to dziecinnie proste, odpalając zapałkę, a wokół niej ktoś, może Bóg, rozlał benzynę, cała była w niej zamoczona, gotowa na rewolucję wobec ucisku ze strony instynktu samozachowawczego. I coś się tutaj odmieni, powtarza chłopak w myślach, przechodząc przez pasy, w uszach gra muzyka, jakiej dawno nie słyszał, czasami ciemne chmury nad nim zapowiadają deszcz, a przykryta grubą warstwą śniegu trawa potwierdza nowy porządek,  wieje przeraźliwy wiatr, tyle, żadnego cudu.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1329304521202649916?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1329304521202649916'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1329304521202649916'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/12/82.html' title='.82'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8115250560000974677</id><published>2010-12-03T13:11:00.000-08:00</published><updated>2010-12-03T13:30:01.208-08:00</updated><title type='text'>.81</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Toniemy więc w śniegu, a wraz z nami całe miasto, to miasto, o którym już dawno się wypisało - pełne od chrzęstu i zwrotnic, obcych placów podziwianych z perspektywy na wpół ukonstytuowanej jeszcze świadomości, spóźnionych tramwajów, pijanych Anglików na rynku, tanich zapiekanek gdzieś po drugiej stronie na Nowej Hucie. Coś, rzecz jasna, musi się dziać, więc - wyrzuceni w ten wir piątkowego wieczoru - siedzimy w Krzysztoforach, popijając piwo i paląc ukraińskie fajki, których pochodzenia tak jak nie byliśmy w przeszłości, tak i teraz jesteśmy zupełnie nieświadomi; dym krąży ponad nami i gęstnieje w zwolnionym od formy powietrzu. Jest druga w nocy i ostatkiem sił ogarniam najbliższą rzeczywistość. Młody od dwudziestu minut pierdoli nad uchem, zza drugiej strony stolika, żebyśmy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt; stąd stary, spierdalali, jutro trzeba wstać, żyć jakoś, a ja dodatkowo nic nie piłem, więc w ogóle na chuj tutaj jestem, cho.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; No więc co to za klub co to za miejsce, powtarzając za mądrym ludowym porzekadłem, jednakże coś niechybnie wisi w powietrzu; jakieś przeczucie, że na zewnątrz czai się ideologiczny wróg, wróg u bram wróg u bram, niechaj kobiety walą w gongi, a przepoceni samuraje wzują godne kimona - spadł śnieg. Śnieg, który powoduje. Cała komunikacja miejska boryka się z ostrym paraliżem, masowe odśnieżanie i tego śniegu rzekome uśmiercanie i wreszcie: na naiwność przystawanie, bo specjalista od śniegu w tvn24 mówił, że jego usunięcie jest fizycznie niemożliwe, miał przy tym dodatkowo minę hardą, a ręce złożone w słoneczny splot, pot ściekał mu z twarzy i żadnych, absolutnie żadnych chęci tymi minami i tymi rękami i potem do żartowania nie przejawiał. Śnieg jest więc niemożliwy do usunięcia, no nie da się, za chuja, możemy pracować tłentiforsewen a i tak nic nie zdziałamy, więc może z laski swojej pozwólcie mu padać, niech nas zawali, niech ludzi głupich zabija, niechaj pasażerów przypadkowych okalecza, tak jak np. pod bagatelą wykoleiła się ósemka, chociaż w gruncie rzeczy nie wiem czy to była ósemka, mogła to być też dziewiątka albo trzynastka; w każdym razie - wykoleił się, wyjechał, wszystko to widzieliśmy. I nie obchodził mnie dramat tych ludzi, wizja przejebania u motorniczego, wzdychania gapiów, robienie zdjęć z komórek &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;co by potem wrzucić na fejsa&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. Cieszyłem się, że wykoleił się po drugiej stronie, co wieszczyło, iż nie zablokował mojej trasy, a więc spokojnie dojadę, rozkład utrzyma formę, a ja trafię do domu, gdzie czekają tosty i łóżko - chociaż samotne - to jednak własne. I forma snu, który chyba potraktowałem jako ucieczkę od tego wieczoru, kiedy - idąc za namową Młodego - poszliśmy jednak z tych Krzysiów. Siedzimy więc pod Bagatelą i palimy fajki, kiedy w jednej chwili odzywa się mój telefon. Sięgam do kieszeni i - powodowany - odczytuję wiadomość tekstową od pewnego kolegi komunisty, o którym szaa, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;wpadaj na batowice mamy dobre baty w gruncie rzeczy nie wiem co się dzieje. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I przedkładam ten pomysł Młodemu niczym ateńska Komisja ateńskiej Radzie. Młody mówi, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;ok spoko jak na mnie może być chociaż nie znam kolesia.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; I ruszamy, ruszamy, toniemy w tej mokrej brei od chcenia niechcenia w kierunku innym, mniej już świadomym. I lądujemy po dłuższej chwili na Ruczaju, po zupełnie złej stronie miasta, rzecz jasna również skąpanej w świeżym śniegu, Młody mówi, że &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;chuj tam gdybym miał tutaj deskę to bym sobie pojeździł HEHE&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, więc w gruncie rzeczy jest gorzej niż źle, jest daleko, zalega w nas schabowy i wszystkie inne choroby, czuję, że zmieniam się w panią Urszulę ze schodków, o której było w poprzednim poście, ona też cierpiała na tą przypadłość - wizja tostów i samotnego, aczkolwiek własnego łóżka oddaliła się o jakieś lata świetlne, nagle odzywa się telefon, ponownie, do znudzenia, no jak mantra się powtarza, nieubłaganie. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;Gdzie ty jestes miales byc na batowicach gdzie fajne baty sa po chuj pojechales na ruczaj, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;pisze kolega, o którym szaa. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;Ej młody przydałoby się chyba wracac czy coś&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, sugeruję w stronę trzeźwego Młodego, ale on mnie nie słyszy, uśmiecha się od ucha do ucha i wygina kąciki ust w jedna i drugą stronę, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;po co wracać, mieszkanie samo do nas przyjdzie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, wyjaśnia, podnosząc ręce w górę, jakoś tak tymi rękami swój wizerunek trzeźwego psując, po prawdzie ten obraz wręcz burząc, a ja nadal - powrót postulując - rozglądam się za przystankiem, który winien być nieopodal, bo podobno to miasto wygrało jakiś prestiżowy konkurs, że niby ma najlepszą w Europie komunikację, no proszę, trochę się zdziwiłem, ale przecież tak było, czytałem raporty cośtamcośtam. I - w istocie - jest ten przystanek, Ruczaj stotysięcyileś, autobus przyjeżdża za dwie minuty, więc deklaruję autorytarne: spierdalam, a Młody, słysząc to, opuszcza ręce i spogląda na mnie przez chwilę.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt; No to po co tutaj przyjechaliśmy&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, pyta, a ja na to, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;że nie wiem, po co drążysz temat&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, jedziemy do domu. I przyjeżdża autobus.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W autobusie linii 608, uwaga, gwar i poruszenie, ludzie piją piwo, kobiety tańczą na rurach, harcerze przygrywają na gitarze piosenki patriotyczne, w domyśle miasto wraz z postępującą zimą, uginające się pod ciężarem zimy kamienice i rozświetlające mrok bloki, gdzie przed klatkami przesiadują miejscowi kolesie. Jeżeli przyjąć, że faktycznie składamy się z przypadków, to co kusi nas, by wracać, mieć tą odwagę, by skoczyć do łóżka, jeść zdechłe tosty, wykonywać jakieś kuriozalne zawody, trudzić się w biurze, przestrzegać formy na ulicy, rzucać przelotne przepraszam, gdy zahaczasz o obce ciało? I w tym momencie dzwoni K: &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;jezu pomóżcie mi przyszłam na imprezę ale tam była orgia wszyscy najebani uprawiali dziki seks to było strasznie chujowe trochę się boję sprawdźcie mi stronę MPK albo przyjedźcie na Kazimierz bo nie wytrzymam w ogóle dzwonię z kibla i współlokatorka mnie nie poznała bo taka była najebana. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jedziemy więc na Kazimierz, wysiadamy na moście grunwaldzkim, jasne, to strasznie blisko i ni chuja żadnego środka komunikacji miejskiej o tej porze, więc czoko, idziemy na piechotę, bo cóż robic. I przed nami podświetlony Wawel z pustymi salami, z jakimiś obrazami, które przeglądają się w lustrze po drugiej stronie ściany, takie są wyobcowane, za dnia muszą znosić dyletanckie spojrzenia znudzonych turystów, nie dziwota. I Kuba Wojewódzki patrzy, obserwuje nas na prawo od zameczku, ma zajebiste okulary &lt;span style="font-style: italic;"&gt;i w ogóle jest taki zajebisty i teraz wszyscy chcą być jak Kuba Wojewódzki albo Doktor House&lt;/span&gt;. A po moście jedzie tramwaj; dziurawi tą sztuczną ciemność na kształt gwiazd świecących na niebie. I jest w tym wszystkim to niejasne poczucie, powietrze, w którym wisi wszystko oprócz groźby.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8115250560000974677?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8115250560000974677'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8115250560000974677'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/12/81.html' title='.81'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1128927553985500831</id><published>2010-11-24T14:55:00.000-08:00</published><updated>2010-11-24T14:58:43.568-08:00</updated><title type='text'>.80</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Uwaga, szafa grająca Pod Strzechą już wcale nie gra. Przyszedł fizyczny z kotwiczką na ramieniu, wziął pilot, ściszył. I od teraz pilot jest u pani Joanny, w której zalega śmierć choroba i schabowy, więc jeżeli chcesz podkręcić atmosferę, zapraszamy na dół, frajerze. Fizyczny miał na dłoniach kurzawki, wystawały mu tak straszliwie zewsząd i świeciły w ciemnościach jak jakieś miniaturowe latarnie, kiedy my - co tu dużo mówić: zapierdoleni - obserwowaliśmy jego niezgrabne ruchy, charkot stukot plusk zlasowanych strun głosowych, pot ściekający z czoła. No po prostu przyszedł barman-chuj i powiedział, że koniec zabawy, że to jest porządna knajpa a nie jakaś lokalna mętownia, gdzie marnują się największe talenty polskiej sceny buraczanej, żadnego tłumaczenia, żadnego ale (potem będą przychodzili tutaj różni tacy z kamerami, że to właśnie to miejsce, że kręcimy dokument o knajpie znanej kultowej i magicznej, gdzie marnowały się ongiś największe talenty polskiej sceny buraczanej i cała Polsza chce być teraz taka jak oni, chce oglądać ich w telewizji, filmy dokumentalne &lt;span style="font-style: italic;"&gt;rozrywka dla całej rodziny piękne zęby bez łupieżu&lt;/span&gt;). Siedzimy więc w ciszy, bo wziął i wyłączył, pozbawił nas tej ucieczki w usprawiedliwione milczenie, więc - ponad wszelką wątpliwość - jesteśmy narażeni na tą przysłowiową rozmowę. I mówimy do siebie półszeptem o śnie, zasłonięci rękami skrzyżowanymi jak do modlitwy, na których końcu tli się żar ukraińskich, nie wiadomo skąd wygarniętych fajek. I w domyśle czeka mnie jeszcze długa droga powrotna, bo chociaż dawno tutaj nie gościłem, kładka na Sole nadal kończy się w połowie i można najwyżej do wody wpaść po szyję, zamoczyć się na odchodne z kurewskim uśmieszkiem na twarzy, z komórką uniesioną ponad głowę, żeby czasami nie przemokła, no bo jak to, bo abonament i umowa, pieniądze. I zwlekam się od tego stoliku pełnego młodych pijanych utalentowanych, wychodzę, noc skończyła się i zaczęła, przecież jestem ze skóry i nikt mnie nie podrobi, takiego towaru nie dostaje się za darmo całkiem, trzeba sobie zasłużyć u kogoś lub czegoś i niby dlaczego miałbym nadal tutaj zostać, skoro w ostateczności jest jeszcze Milka i Pani Urszula w swoim nieśmiertelnym sweterku, ostatnia jasna placówka na tej mapie ciemności, cztery metry ponad poziomem osiedla, niedoszła radna, na którą bym głosował, burmistrz trzymający fajki na sztuki pod ladą, wiecznie troskliwa o twoją przyszłość, kiedy przychodzisz grubo po północy, ledwo stojąc na nogach, podaje ci fajki i pyta jak zdrowie jak życie i interesy, a ty oczywiście odpowiadasz, że jak zwykle, że chujowo, no bo jakby inaczej, a ona na to "mhm" i następuje ta pełna porozumienia cisza, ten konsensus myśli, cicha aklamacja na poziomie pierwszego piętra. I wychodzisz, a ona za tobą, odprowadza cię na samą ulicę i zapala fajkę i patrzy na ciebie, i patrzy, a ty nie wiesz jak się zachować, to co, Urszula, pijemy? Wpadaj, właśnie wracam Pod Strzechę, gdzie przyszedł barman-chuj i zniszczył szafę grająca, przez co ona właśnie już nie gra, jakieś tylko pierdzenie z niej ulatuje i nic oprócz tego pierdzenia nie przebija się przez gęste od dymu powietrze; ta zamknięta przestrzeń, jaką penetruję w swoich snach i domysłach, podczas drogi powrotnej, która zawsze jest taka sama, napędzana tym jebanym cyklem atmosferycznym, żadnego cudu, żadnego zaskoczenia. I pojawia się jezdnia, chodnik, korty, kolejówka, irracjonalny strach przed pociągiem widmo, bo przecież trzecia w nocy i żadnego ruchu, psy ujadające za tobą, kiedy przechodzisz obok obcych ogrodzeń, horyzonty pełne kamuflażu, w dalszej perspektywie góry i Żar - schronisko na odległym szczycie, wieża radiowa, w ciemności wygląda zupełnie jak płonąca forteca.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1128927553985500831?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1128927553985500831'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1128927553985500831'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/11/80.html' title='.80'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5592612878482966266</id><published>2010-11-19T10:41:00.001-08:00</published><updated>2010-11-19T11:11:08.778-08:00</updated><title type='text'>.79</title><content type='html'>Gubimy chłopców zamierzonych mniej lub bardziej,&lt;br /&gt;więc lepiej myślec o nich jak o obcych, chociaż istnieje&lt;br /&gt;jakaś powinnośc w tych rachitycznych relacjach pan/&lt;br /&gt;panowie. Skoro wszyscy pochodzimy z wiosny, problem&lt;br /&gt;musi tkwic głębiej, przy końcu struktur Centralnej, gdzie&lt;br /&gt;stałaś w całkowicie innych odmianach suwerenności. Mówimy&lt;br /&gt;jak teologia do bomby - ktoś podpierdolił ładunek i czeka nas&lt;br /&gt;pewnośc, że nie wszystkie środki prowadzą na cel. Głowica&lt;br /&gt;wyznacza kierunek wzrostu, krąży pod wieżą ciśnień na Alejach,&lt;br /&gt;chociaż podaż na katastrofy utraciła moc prawną. Zataczamy&lt;br /&gt;koła nad zakolem wyschniętej rzeki - zawiera w sobie pewien&lt;br /&gt;ślepy imperatyw; obserwujemy ją jakby była przyczynkiem&lt;br /&gt;do jakiegoś ujścia, prostą na układzie. Jej woda mutuje&lt;br /&gt;w załączniki i podchodzi pod zawisy, po tafli ścieka dziurawy&lt;br /&gt;lotos. Jest coś więcej w tej kaskadzie kropek i pytajników,&lt;br /&gt;chociaż powietrze pęka jeszcze od nadmiaru wiatru. Który&lt;br /&gt;wybacza. Tyle.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5592612878482966266?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5592612878482966266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5592612878482966266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/11/79.html' title='.79'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4477343453196762041</id><published>2010-11-16T14:56:00.000-08:00</published><updated>2010-11-16T14:57:17.950-08:00</updated><title type='text'>.78</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I po chuj, pytam, i na chuj, mówię&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4477343453196762041?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4477343453196762041'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4477343453196762041'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/11/78.html' title='.78'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2395056893034182473</id><published>2010-11-14T01:47:00.000-08:00</published><updated>2010-11-14T01:50:04.547-08:00</updated><title type='text'>.77</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Z tymi Łąkami to było tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zadzwoniła do mnie Ola, że zaprasza do siebie. Wzułem więc buty, ubrałem kurtkę i pojechałem wzdłuż jednej z Alei - teraz już nie pomnę nazwy - aż na sam Plac Centralny. I czekaliśmy godzinę na montaż, chociaż to akurat nie powinno dziwić; dobrze, że w ogóle coś się nam trafiło. I poszliśmy. Pamiętam drogę przez Plac, wydawało się, że jest taki wielki i jakby zapomniany, uwięziony pomiędzy historią a rzeczywistością, do tego ten pusty piedestał, na którym niegdyś stał potężny, marmurowy Lenin, a teraz porośnięty jedynie żałośnie zaniedbanymi krzakami. I te bary mleczne, mętownie na rogu, gdzie gromadzą się wszystkie skrywane namiętności; miejsca bez formy. Ludzie o podbitych obliczach, targający półprzeźroczyste reklamówki, staruszki zgromadzone wokół tajemnych kółek: wyglądały, jakby knuły jakiś spisek przeciwko wszystkiemu, zupełnie wycięte z rzeczywistości. Kamienice znikające za niedostępnym horyzontem, a w domyśle, za szczelnymi oknami, akty na różnych poziomach: na trzecim piętrze malec odpala swojego pierwszego papierosa, na drugim kobieta gotuje obiad, niżej umieranie. Rosnące wokół ogołocone drzewa obsiadły ostatnie niedobitki ptaków, których ćwierkot rozbrzmiewał w powietrzu, mieszając się z ludzkimi głosami, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;warkotem sil&lt;/span&gt;ników i &lt;span style="font-size:130%;"&gt;odgłose&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;m spóźnionych tram&lt;/span&gt;wajów w jedną harmoniczną całość. To miejsce znajdowało się ponad czasem, chociaż pewne jego formy fragmentarycznie manifestowały się nieśmiało - skejciki ze swoimi deskami zręcznie przedzierali się przez tłum tych wyzutych z właściwości ludzi.&lt;br /&gt;Przechodziliśmy przez skrzyżowanie, mając naprzeciw siebie kontury fabrycznych kominów, pnących się rachitycznie w górę; dominowały nad miastem, narzucając wszem i wobec swoją estetykę. Ola bez przerwy wyjaśniała właściwości i przeznaczenie wszystkich budynków: to jest DK, tutaj chodziłam na kurs tańca, tam kiedyś był teatr, a teraz zrobili kino. Czułem się przy niej jak turysta na jakichś nieustających wakacjach gdzieś po drugiej stronie świata; jakbym dopiero odkrywał złożoność i permanentność życia wraz ze wszystkimi jego urokami i niebezpieczeństwami.&lt;br /&gt;Wreszcie znaleźliśmy się na Łąkach. Ogromne pole pomiędzy osiedlami i fabrykami, teren autonomiczny dla takich jak my - błądzących na różnych etapach łączenia, zrastania. Łąki wyglądały jak wielki lej po wybuchu jakiejś bomby atomowej; kuliste, szerokie wgłębienie, teraz porośnięte trawą. Jeżeli coś tutaj kiedyś eksplodowało, to czas sprawił, że pył radiacyjny już wyparował w atmosferę. Było tak, &lt;span style="font-size:130%;"&gt;jakbyśmy&lt;/span&gt; szli deptakiem wzdłuż wysuszonego jeziora, jedyni goście w okolicznym opuszczonym hotelu. Wszystkie takie miejsca, gdzie forma miesza się z treścią, odbijają we mnie pewien ślad, istnieją poza i ponad jednym i drugim, zawieszone w swoim byciu; zasypiając, często czuję pulsowanie ich serca, zapomnianego centrum. W pewnym momencie weszliśmy na prostą dróżkę, przecinającą ten lej w połowie w sposób podobny do średnicy dzielącej koło na dwie równe części. W regularnych odstępach z obydwu stron wystawały drewniane mola, liryczne placówki najbardziej wysunięte w stronę przepaści. W tym świetle - albo lepiej - w tym braku światła rysujące się wokół sylwetki bloków przypominały typowy krajobraz futurystyczny; gdzieś wysoko w górze przeleciał samolot, pozostawiając po sobie martwe echo silnika. Zajęliśmy miejsca, liryczni terroryści w epicentrum wybuchu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2395056893034182473?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2395056893034182473'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2395056893034182473'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/11/77.html' title='.77'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6545782662183296621</id><published>2010-11-06T15:49:00.001-07:00</published><updated>2010-11-06T15:49:55.869-07:00</updated><title type='text'>.76</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;KURWA WIEDZIAŁEM ŻE TAK BĘDZIE PRZYJDĘ ZDEJMĘ BUTY ZROBIĘ HERBATĘ I NIC NIE NAPISZĘ NO JAZDA ŻE HEJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6545782662183296621?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6545782662183296621'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6545782662183296621'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/11/76.html' title='.76'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-847232644520574616</id><published>2010-11-01T12:06:00.000-07:00</published><updated>2010-11-01T12:07:54.402-07:00</updated><title type='text'>.75</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I rozszarpujemy - powiedziałabyś , odgarniając włosy z czoła - formy&lt;br /&gt;istnienia. Wchodzą w nas skondensowane jak krem na zniszczoną&lt;br /&gt;cerę; rośniemy w kręgosłupie. Pomyślałem, że Wołek to typowa metafora&lt;br /&gt;kafkowska, dla której jedynym uzasadnieniem pozostaje brak wyjścia,&lt;br /&gt;punktów odniesienia. Mieliśmy muzykę; obijała się o ściany miniaturowej&lt;br /&gt;przestrzeni jak kwarki w obrębie atomu. Drogę pokrywały skwar&lt;br /&gt;i świadomość, że wszystko, o czym aktualnie milczymy, mieści się w punkcie&lt;br /&gt;styczności dwóch prostych prostopadłych. Jeżeli istnieją granice, to dlaczego&lt;br /&gt;jeszcze do nich nie dotarliśmy? Opara wiele mówi o zbrodni organicyzmu&lt;br /&gt;w obecnym dyskursie; nasz permanentnie mieścił się w magicznym: &lt;span style="font-style: italic;"&gt;pij&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;nie pierdol&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-847232644520574616?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/847232644520574616'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/847232644520574616'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/11/75.html' title='.75'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-7641979798817315850</id><published>2010-10-25T01:22:00.000-07:00</published><updated>2010-10-25T01:30:12.383-07:00</updated><title type='text'>.74</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Pamiętam Leśną w świetle powoli zachodzącego słońca, papierosy palone w pozycji leżącej; kładliśmy się na trawie, popijając tanie wino i obserwując rozkładający się dzień. Wokół zasłanych opadłymi liśćmi Brzózek gromadziła się mgła - wyglądała zupełnie tak, jakby ktoś wylał na polanę dzban świeżego mleka z jednego z okolicznych gospodarstw. Paliliśmy ognisko, którego żar rozświetlał nasze twarze. Chodziliśmy po lesie, udając strapionych wędrownych. Wiem, że chcieliśmy wierzyć w naszą przypadkowość na tej ziemi, chociaż coś usilnie dawało nam do zrozumienia, że to tylko czysta fikcja, jakaś pusta namiastka. Rozłożeni przed jej czterema stronami, nie mogliśmy zdecydować się na jeden kierunek; pochłaniał nas ogrom obrazków, których jeszcze nie widzieliśmy, a które istniały w naszej podświadomości tak pewnie, jak to ognisko przed nami. Zamykaliśmy więc oczy i słuchaliśmy muzyki unoszącej się z komórek; po chwili stawaliśmy się nią i chyba tak przez jeszcze długi czas po tych dniach wyobrażałem sobie nirwanę, ze wszystkimi jej negatywnymi i pozytywnymi przejawami. Było tak, jakbyśmy zostali wyzuci z planów. I potem przychodził już tylko czas na powrót, na drogę przez stawy przy bladym świetle księżyca, szczekanie cierpiących na insomnię psów schowanych szczelnie za ogrodzeniami. Trzymam w dłoni liście jak stygmaty.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-7641979798817315850?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7641979798817315850'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7641979798817315850'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/10/75.html' title='.74'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6673154629483727392</id><published>2010-10-17T11:27:00.000-07:00</published><updated>2010-10-25T01:26:09.921-07:00</updated><title type='text'>.73</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W tej sytuacji, której żadna zachodnia perspektywa nie jest w stanie zanegować, staliśmy się obiektami narażonymi na rozmowę; zupełnie niczym zieloni poborowi na ogień nieprzyjacielskich szturmowców gdzieś w okopach abstrakcji Dalekiego Wschodu. Dlatego próbuję zmieścić się w granicach dogmatu zwanego zrozumieniem, a przynajmniej tak mi się wydaje. Zwijamy baty na Batowicach, bo - wiedzeni jakimś poczuciem harmonijnego obowiązku - (1) &lt;span style="font-style: italic;"&gt;tak sobie postanowiliśmy&lt;/span&gt;, bo (2) &lt;span style="font-style: italic;"&gt;sprzyjają okolicznośc&lt;/span&gt;i (jak zwykle: łagodzące) i (3) poza tym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;cała Ziemia jest po naszej stronie,&lt;/span&gt; widzę zbiorowiska ludzi dopingujących nam i unoszących kciuki wysoko w górę, mam jednak w tym wszystkim ustawiczne wrażenie, że chodzi im o gest Solidarności, do której przecież nie należę, ba, która jest mi, delikatnie mówiąc, obca. Koleś mówi, że on jest przejebany, że czyta frondę liberte wyborczą nie i inną krytykę potyliczną, bo tak, bo chce być dobrze poinformowany, bo chce wiedzieć na czym ten świat stoi i kto nim steruje, no bo przecież ktoś steruje, nie może być tak, że rządzimy swoim losem życiem, nam się tak tylko wydaje, &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;wydaje się nam,&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; że codziennie jemy śniadanie i pijemy kawę, to równie dobrze może byc kał na talerzu i wymiociny w kubku, i potem, po napełnieniu brzucha, przychodzisz uśmiechnięty do biura i ktoś ci mówi kałmasznawardze, a ty - tkwiący w doktrynalnej nieświadomości, z pozoru świadomie odpowiadasz: sorry, nie znam takiego (no i już wiemy skąd wzieło się to mądre poniekąd porzekadło). I tak właśnie ten świat się kręci, w ten sposób, gdy robisz to wszystko, czego od ciebie oczekują, kiedy kupujesz to, co widziałeś w reklamie, kiedy skręcasz baty na Batowicach i kiedy dymasz wyimaginowaną kochankę przed snem. I życie boli, podobnie jak zły gotyk, jawi sie jak ten teatr lalek, ale ty tego nie wiesz, dopóki ciśniesz się do tej formy, co wcale nie jest tobie przynależna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I Zygmunt mówi, żebyśmy go czasami odwiedzili, on mieszka niedaleko hehegege, tak się złożyło, &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;wpadnijcie do mnie, mówi, zrobię herbatę.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Posiedzimy&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;. Batowice to naprawdę przeurocze miejsce, moglibyśmy kiedyś wybrać się na jakąś pożyteczną wycieczkę. Uwaga, Zygmunt nalega i na końcu smsa rzuca jakąś buźkę ":P", ma herbatę zieloną albo czarną i jakąś cytrynę w lodówce. Idziemy więc do Zygmunta, który mieszka niedaleko. Nieopodal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chata Zygmunta jest chatą ładną, idzie się schodami w górę, trzecie piętro, korytarz i ściany ze szkła, całe oszklone, z jednej strony spoko, bo można obserwować osiedle (które również jest fajne no przefajne), ale z drugiej strony jakoś tak niezręcznie, bo (1) &lt;span style="font-style: italic;"&gt;wszyscy również cię widzą&lt;/span&gt;, kiedy zataczasz się, upadasz albo sprowadzasz nieznaną kobietę i cała lokalna społeczność zdobywa w ten sposób aksjologiczną podstawę, by skazać się demokratycznie na ostracyzm, bo (2) cały czas masz wrażenie, że t&lt;span style="font-style: italic;"&gt;o nie szkło, ale przepaść&lt;/span&gt;, w którą można wpaść i nieświadomie zlecieć na ziemię, w wyniku czego stracić życie, a poza nim przecież nic nie mamy jako spadkobiercy szkoły somatyzmu. Świadomi rangi tej sytuacji, ze stoickim spokojem podchodzimy pod drzwi Zygmunta i pukamy, dmuchamy, dzwonimy, żeby nas czym prędzej wpuścił do środka, bo istnieje to prawdopodobieństwo, że kolektywnie wylądujemy na ziemi, a on chyba nie chce zbierać naszych kawałków o tak późnej porze. Dzwonimy więc i po chwili otwiera Zygmunt.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jest cały czarny i w bieliźnie.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6673154629483727392?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6673154629483727392'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6673154629483727392'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/10/74.html' title='.73'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4558493072159597403</id><published>2010-10-13T05:04:00.000-07:00</published><updated>2010-10-13T05:06:19.159-07:00</updated><title type='text'>.72</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-family:Arial CE;font-size:85%;"&gt;Potem  wracamy przez pola i łąki, wszystko zgodnie z zapowiedzią, jest piękny,  słoneczny poranek roku pańskiego, mijamy stawy, wydające się nie  mieć kresu czarne pole. Gdyby kręcić gdzieś jakiś dokument o polskiej  wsi, to miejsce byłoby idealne; za dnia mieni się wszystkimi odcieniami  zieleni, a latające w powietrzu białe pyłki zatrzymują się w złotych  łanach zbóż. Na dalszym planie horyzont kończą okoliczne góry,  których szczyty z każdej strony otaczają wioskę. Wołek, Żar, Trzonka.  Poza tym standardowo - pola, szerokie połacie ciemnej ziemi, tylko  kilka razy w roku odwiedzanej przez ludzi, by zebrać plon i zasiać  nowe ziarno. To tutaj przyszło nam żyć. Myśliwi często przyjeżdżają  w te strony polować na bażanty; te lubią chować się pomiędzy wysoką  trawą, zazwyczaj wiją swoje siedziby wokół pobocznej, kamienistej  dróżki, jednej z odnóg, wiodącej do drewnianej wieży obserwacyjnej,  która niczym moloch króluje nad okolicą. Kiedyś wchodziliśmy na  nią i spoglądaliśmy na cały ten pejzaż z góry. Teraz idziemy tędy  kompletnie zajebani, na skutkującym bólem głowy zejściu. Nic nie  mówimy. Towarzyszący mi Młody coś majstruje w komórce, puszcza  muzykę, która automatycznie wyznacza granicę naszej percepcji, która  krąży wokół nas i dodatkowo koloruje otoczenie. Chociaż jakimś  trafem znaleźliśmy się tutaj razem, obydwaj jesteśmy samotni, jednak  zabijamy nawzajem to poczucie w sobie, ograniczając się do kurew wysyłanych  w atmosferę. Sam środek braku metafizyki.&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4558493072159597403?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4558493072159597403'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4558493072159597403'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/10/72.html' title='.72'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8058904700195719795</id><published>2010-09-23T04:59:00.000-07:00</published><updated>2010-09-23T05:00:32.468-07:00</updated><title type='text'>.71</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ma&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;m&lt;/span&gt;o w tym domu &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;k&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;witnie koru&lt;/span&gt;pcja szara str&lt;span style="font-size:130%;"&gt;efa niska k&lt;/span&gt;ultur&lt;span style="font-style: italic;"&gt;a słowa&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8058904700195719795?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8058904700195719795'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8058904700195719795'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/09/71.html' title='.71'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5177011074841846705</id><published>2010-09-17T09:04:00.000-07:00</published><updated>2010-09-17T09:09:03.197-07:00</updated><title type='text'>.70</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;No więc Młody&lt;/span&gt;, brachol, czekając na nocny autobus linii 605 na pogrążonym w ciemności przystanku, wyrzuca w powietrze niedbałą sugestię (co by było, gdybyśmy byli dwiema zajebistymi dupami), którą stojący w przedziwnym rozkroku policjant zupełnie nie chwyta, więc odpowiada prewencyjnie [policjant], że nie wie, bo nimi nie jesteśmy, nie jesteście. I wypisują nam ten jebany kwitek z kwotą w dwóch wersjach: liczbowej i słownej, przy czym znaków polskich jest tam:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:130%;"&gt;0. słownie: zero&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I, z socjalistycznym pozdrowieniem, wsiadają do suki, którą zaparkowali na szynach tramwajowych, przez te tramwaje za dnia użytkowanych, na wyłączność tego środka masowej komunikacji miejskiej zarezerwowanych, specjalnie dla nich zbudowanych. I oddają Młodemu dowód, a kapuś, który siedzi z tyłu, mówi, żebym się, kurwa, nie opierał, bo samochód wywrócę; sprawię, że będzie dachował. I na to jest już zupełnie poważny paragraf, to już jest prawdziwe przestępstwo, cwelu. A ja, jako zastraszony obywatel państwa o wyraźnym profilu ideologicznym, ulegam terrorowi, jakim posługuje się tutejsza policja, przestaję się opierać, prośbę kapusia spełniając, w roli ulotnego frajera doskonale wypadając. Coś musi być, więc jest pisk opon i chwilowe poruszenie tego gęstego od potu powietrza, samochód znika tak szybko, jak się pojawił, jedzie dalej w tą noc podobnych nam straceńców-zapaleńców, raźno zostawiając nas z dwutygodniową wizją głodówki suszy i czego tam jeszcze. I autobus, na który w gruncie rzeczy cały czas czekaliśmy, zupełnie nie nadjeżdża i, jak się okazuje, nie nadjedzie, bowiem zła godzina pora miejsce: postanawiamy wracać na nogach, bo jeszcze nigdy tego nie robiliśmy, bo chcemy przeorać tą dziewiczą drogę jak pole na wiosnę, z której pochodzimy, bo ostatecznie nie wiemy, ile nam zajmie, chociaż wstępnie podejrzewamy, że jednak trochę to potrwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;I nagle wszystko się zgadza, wszystko staje się jasne:&lt;/span&gt; powroty są najważniejsze. Idziemy chodnikiem wzdłuż Alei 29 Listopada, mijając anonimowe budynki, wiadukty, skwery, place nieznanych nam bohaterów. Przed nami, jak nigdy wcześniej, rozpościera się krajobraz jakiegoś obcego osiedla, kanciaste bloki wrzynają się w siebie i niebo, są jak latarnia zasilana baterią słoneczną w świecie gigantów, z małymi komórkami, które wyzwalają pojedyncze wiązki światła w stronę ziemi. Robimy zdjęcia pustej szosy; mam wrażenie, że następują po sobie jak klatki na starej szpuli, tworząc jakiś eklektyczny zlepek, kolaż. Zawsze, absolutnie zawsze najbardziej wyrazista jest właśnie droga powrotna; czy to przez wiklinę jeszcze przed powodzią, czy przez Podlesie, kiedy musieliśmy chodzić drogą okrężną, bo wielka woda zerwała kładkę łączącą Kęty z Kobiernicami, czy to przez rondo i starą szkołę, gdy wracaliśmy z Kóz, zupełnie wyzuci z nadziei, jaką jeszcze kilka godzin wcześniej wiązaliśmy z nastoletnimi abstynentkami, czy wreszcie idąc wzdłuż opuszczonej głównej szosy miasta, które przez cały ten czas, jaki przetrawiliśmy w sobie, obijało się nam gdzieś o uszy, migotało jak jakiś podprogowy impuls, pojawiający się na tym czarno-białym ekranie w regularnych odstępach&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5177011074841846705?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5177011074841846705'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5177011074841846705'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/09/70.html' title='.70'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4898562379338806081</id><published>2010-09-13T02:11:00.000-07:00</published><updated>2010-09-13T02:12:53.076-07:00</updated><title type='text'>.69</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;uwaga uwaga w erze postrelacji postideologii postpolityki&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4898562379338806081?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4898562379338806081'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4898562379338806081'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/09/69.html' title='.69'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2687984309186720216</id><published>2010-09-12T11:02:00.000-07:00</published><updated>2010-09-12T11:06:34.256-07:00</updated><title type='text'>.68</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WnAhTz6I/AAAAAAAAAF4/zEmqavpsUfM/s1600/papie%C5%BC.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 400px; height: 347px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WnAhTz6I/AAAAAAAAAF4/zEmqavpsUfM/s400/papie%C5%BC.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516089978009145250" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WhMPoXhI/AAAAAAAAAFw/ocohxv-tyAQ/s1600/papie%C5%BC.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 320px; height: 278px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WhMPoXhI/AAAAAAAAAFw/ocohxv-tyAQ/s320/papie%C5%BC.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516089878077005330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WcYwERNI/AAAAAAAAAFo/BsYu9SmJvqk/s1600/papie%C5%BC.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 320px; height: 278px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WcYwERNI/AAAAAAAAAFo/BsYu9SmJvqk/s320/papie%C5%BC.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516089795534931154" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WMvmYlfI/AAAAAAAAAFg/kwwPZso742g/s1600/papie%C5%BC.jpg"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2687984309186720216?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2687984309186720216'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2687984309186720216'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/09/68.html' title='.68'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TI0WnAhTz6I/AAAAAAAAAF4/zEmqavpsUfM/s72-c/papie%C5%BC.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6806961320374247854</id><published>2010-09-04T06:44:00.000-07:00</published><updated>2010-09-04T06:45:46.897-07:00</updated><title type='text'>.67</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i budzi mnie K., dzwoniąc z propozycją, byśmy sobie stąd poszli, chociaż sama położyła się w pokoju obok, za ścianą, chodźmy stąd, mówi do słuchawki, a ja odpowiadam, że &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;spoko tak chodźmy&lt;/span&gt;; i zwlekam się z łóżka, zakładam koszuleczkę paseczek sznuróweczki, po czym wychodzę do przedpokoju i w następnej kolejności - już razem z K. - z tego mieszkania na klatkę, a stamtąd na obcą, głośną ulicę: maszerujemy w pełnym porannym słońcu, które ściąga nas w dół bardziej niż wczorajsze zamroczenie, notabene dodatkowo kotłujące się w nas resztkami swoich sił. Zbliżamy się do przystanku. I wsiadamy do tramwaju, który nadjeżdża. I jedziemy do centrum wyłącznie po to, by się z niego wydostać, by tam odbić. Nie ma takich miejsc, z których nie dałoby się uciec.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6806961320374247854?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6806961320374247854'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6806961320374247854'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/09/67.html' title='.67'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5027422730335854069</id><published>2010-08-27T13:34:00.000-07:00</published><updated>2010-08-27T14:41:41.493-07:00</updated><title type='text'>.66</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Bo ja widzę, że ty na tym kanale masz bardzo offowe kino, bardzo niezależne, fajnie, zajebisty kanał, smutne i refleksyjne, będę wpadał i zaglądał, popatrz, takie kino szwedzkie z angielskimi napisami, w ogóle skandynawskie, wiesz, produkcje niskobudżetowe z zajawkami na pejzaże, fajne fajne, ostatnio oglądałem taki film, nie znasz, kolesie z Islandii to robili, o takim łysym gościu, co chciał spierdalać i strzelał ze wściekłości do lodu, który rósł sobie samopas za jego domem. no i tam były takie zajebiste obrazki, te góry i wiesz, lodowce, wieczna zmarzlina czy coś takiego, wiesz, wiatr targał i smagał tym zadupiem, na jakim przyszło mu mieszkać. I czasami sobie myślę, jak tak to oglądam, myślę, że na takim zadupiu to ja mógłbym mieszka&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ć&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, nie, Kierkegaard wyrzucany do kosza wraz ze swoim sztampowym dziełem, jedyna biblioteka i gościu, który tym wszystkim steruje; w szafie chowa stare pornosy, jakieś islandzkie wersje twojego weekendu, nie wiem co z nimi robi, chociaż nietrudno sobie wyobrazić, no i on, właśnie, on: pewnego dnia do wioski przyjeżdżają obcy ludzie. Jak się okazuje - to rodzina ciecia, zostawiają nieposłuszną córkę czy kogo tam, jakąś nastolatkę i, niczym Mostowiakowie, oznajmiają, że musi ona odpocząć od zgiełku miasta-stolicy, skąd pochodzą. No i cie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ć &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt; ma jej znaleźć robotę i zapewnić dobrobyt materialny, a oni wrócą po nią, jak skończy się noc polarna. Czaisz, noc polarna? No i ona jest zajebista, rude włosy, grzywka, delikatne rysy i duże oczy, pracuje w okolicznej stacji benzynowej, która jest otwarta całą dobę, w sumie w takim układzie to o każdej porze mógłbym ją widzieć, więc czasami wpadam na butelkę oranżady; oranżada jest okropna, ale przynajmniej można usiąść i obserwować, jak w roboczym fartuchu krząta się od ściany do ściany. Potem przychodzę w godzinach późnych, hah, chciałoby się powiedzieć: przychodzę w nocy, ale chuj, bo noc jest przecież cały czas. Przychodzę więc w godzinach późnych, bo wtedy stacja jest zupełnie wyludniona i żywej duszy tam nie znajdziesz. No i fajnie, rozbijam skarbonkę, piję oranżadę i gram na automacie. Ona pali papierosy i ogląda telewizję. I czasami coś rozmawiamy, najczęściej o rodzimym kinie. Że jest kiepskie, że nie istnieje.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5027422730335854069?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5027422730335854069'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5027422730335854069'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/66.html' title='.66'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-41453913414767664</id><published>2010-08-24T12:38:00.001-07:00</published><updated>2010-08-24T12:51:46.485-07:00</updated><title type='text'>.65</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify; font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;uwaga waga w erze postrelacji postideologii postpolityki jedziemy nad jeziorko stop to są nasze wakacje wczasy ___ur_______lop&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;                                              organizowany z zakładu stop kamilek rozkłada ręczniczek i ściąga koszuleczkę a my mu wtórujemy porusza palczami sztópek st______________________________                                                        op wchodzimy d&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;o wody która je&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;st która jest która jest która która brudna brzydka śmierdzi stop coś się w nas KOTŁUJE GDY spoglądamy w stronę wyciągniętych wyżyn stop i to wszystko bez żADNYCH foteczek nas tam nie było nie zaistnieliśmy w ogóle po co tam pojec___haliśmy ady lepiej było zjeś____ć jakiś smaczny&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;          obiad ciepły p__osiłek stop a nie tylko te kanapki i &lt;span style="font-size:180%;"&gt;keczup keczup&lt;/span&gt; którego zapach wrzyna się w kręgo---___--__słup stop wróciliśmy piękni młodzi opaleni z szerokim uśmiechem stop CHOCIAŻ CHOCIAŻ chociaż chociaż cho tyle&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-41453913414767664?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/41453913414767664'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/41453913414767664'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/65.html' title='.65'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-363194763831283202</id><published>2010-08-19T13:30:00.000-07:00</published><updated>2010-08-19T13:36:08.212-07:00</updated><title type='text'>.64</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VrQKCJCI/AAAAAAAAAFQ/kQP_mlmmRWg/s1600/kole%C5%9B.jpg"&gt;&lt;img style="float: right; margin: 0pt 0pt 10px 10px; cursor: pointer; width: 320px; height: 257px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VrQKCJCI/AAAAAAAAAFQ/kQP_mlmmRWg/s320/kole%C5%9B.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5507222489647948834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VPE11DvI/AAAAAAAAAFA/84zyjxpHjyk/s1600/kole%C5%9B.jpg"&gt;&lt;img style="float: left; margin: 0pt 10px 10px 0pt; cursor: pointer; width: 270px; height: 257px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VPE11DvI/AAAAAAAAAFA/84zyjxpHjyk/s320/kole%C5%9B.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5507222005574078194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VXOV6k9I/AAAAAAAAAFI/GRCPZSaALpo/s1600/kole%C5%9B.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 251px; height: 257px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VXOV6k9I/AAAAAAAAAFI/GRCPZSaALpo/s320/kole%C5%9B.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5507222145563530194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2UjWsRsJI/AAAAAAAAAEw/SP7DkT0jl1Q/s1600/kole%C5%9B.jpg"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-363194763831283202?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/363194763831283202'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/363194763831283202'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/64.html' title='.64'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/TG2VrQKCJCI/AAAAAAAAAFQ/kQP_mlmmRWg/s72-c/kole%C5%9B.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8773832116471237291</id><published>2010-08-13T06:18:00.000-07:00</published><updated>2010-08-14T15:31:07.248-07:00</updated><title type='text'>.63</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wakacje to mit, z którego jeszcze nie wyrośliśmy. Powietrze tonie w upale, a rosnące wokół drzewa kołyszą się pod jego wpływem jakby wolniej, ociężale. Chłopi spod sklepu wykupują nakłady tanich win, siedzą na schodach, palą tanie papierosy i przeklinają panującą aurę. Po Centralnej jeżdżą stare Ursusy, powodując szczekanie i ujadanie zamkniętych za płotem psów. Chociaż wydaje się, że wszyscy mieszkańcy chowają się szczelnie w domach, robota na polu wre. Zgarbione kobiety w chustkach na głowach gromadzą się przed kościołem, pokazując poskręcanymi od licznych chorób palcami w stronę bezwzględnego nieba, są jak słupy wycelowane w górę, przygotowane do odparcia jakiegoś wrogiego ataku. Czas wlecze się jak walec prowadzony przez pijanego kierowcę i panuje powszechne zezwolenie na tą uroczą stagnację; nikt nie przekracza poza ramy, jakie tworzy ta materia. Wieczorami cała okolica poddaje się rytmowi kumkających na stawach żab, a po pustych, oświetlonych ulicach przewalają się stada bezpańskich, opuszczonych kotów. Czasami któraś z przydrożnych latarni gasi swoje światło, by w chwilę później ponownie wybuchnąć matowym, martwym blaskiem.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ludzie prowadzą swoje pługi. Stara Szymla krząta się po ulicy i zagląda do każdego domu niczym Jehowcy, prosząc o zbawienne szlugi i jakieś drobne. Wszyscy odprawiają ją z powrotem, bo sami nie mają, a z czegoś muszą żyć. Stara Szymla idzie więc w kierunku sklepu, którego wnętrze przypomina zapachem stary, zagracony strych, pełny bezużytecznego fajansu. Kiedy wychodzą klienci, podchodzi do nich i, zaglądając do przezroczystych reklamówek, ponownie prosi o jałmużnę. Gdy w końcu odchodzi z pustymi rękoma, dzieci chodzą za nią i rzucając w jej stronę kamieniami, dokazują i sypią przekleństwami usłyszanymi od dorosłych. Należymy do świata ludzi w sile wieku, chociaż zupełnie nie czujemy się powołani do tego kolektywu. Wszystko, co w przekonaniu wspólnoty ma tutaj jakieś znaczenie, narzucane jest bez większego dociekania. Żadnych pytań, za to proste odpowiedzi, gotowe recepty, których ciągłość od stuleci, z kilkoma wyjątkami, gwarantowana jest przez starszyznę. Panujące mity kształtują rzeczywistość, porządkują ją w sprawdzony sposób; myślenie lepiej zamienić w ciężką pracę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8773832116471237291?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8773832116471237291'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8773832116471237291'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/63.html' title='.63'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6998736641017552016</id><published>2010-08-11T12:36:00.000-07:00</published><updated>2010-08-19T13:44:04.991-07:00</updated><title type='text'>.62</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I nie wiem, miała byc książka o młodym pokoleniu kortach schodkach kamieniu i tych wszystkich przykrych rzeczach, o tych jebanych wieczorach i całym otaczającym mnie zwierzyńcu, jednym słowem: miał być ogień, a jest nic, lokalna martyrologia. Miało być ostro o ostatniej ekspedycji, bo trudno nazwać to jakkolwiek inaczej. O tym, że pojechaliśmy, zapłaciliśmy i wcale nam się nie podobało, bo znaleźliśmy się tam bez ekipy, ale to też nie do końca chodzi o to; nam się z reguły większość rzeczy nie podoba, tak po prostu jest, jakiś syndrom, który jednak próbujemy w sobie zwalczyć. W sumie powinniśmy przewidzieć nadchodzącą aurę, bo znaki na niebie i ziemi od samego początku jednoznacznie &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;wieszczyły wiszącą w powietrzu groźbę &lt;/span&gt;- najpierw trzynaście godzin w obciągu, w kiblu na metrze kwadratowym, musztra i stanie na baczność, w nieopatrznie wyrzuconym rzygu, bo przyszedł jakiś kretyn i puścił nam pawia wprost pod nogi, do tego to rozbite okno, bo przyszedł drugi kretyn, naspidowany, wyciągnął kosę i chciał nas pochlastać, ale w ostateczności skończyło się właśnie na szybie, oberwała, więc w tym przeciągu, przewiewie, dodatkowo niedobór alkoholu; żadnego, żadnego pocieszenia. Wreszcie, o siódmej rano, w pełnym słońcu wjechaliśmy, a raczej wtoczyliśmy się tym blaszakiem jak kurwa żółw do Zielonej Góry i wraz z całą resztą wagonu uwierzyliśmy, że to już, już jesteśmy blisko i lada chwila wylądujemy w miejscu przeznaczenia na dworcu głównym, ale okazało się, że to dopiero początek całej zabawy; pociąg gnał jeszcze przez dwie wyjątkowo długie godziny, myślałem, że odpadnę, upadnę na ziemię i będę tak sobie leżał w tym rzygu i szkle ze wszystkimi swoimi przymiotami, a raczej ich brakiem; cóż bowiem, oprócz gównianego namiotu, przywiozłem, przywlokłem tutaj ze sobą?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dotarliśmy. Jesteśmy, mhm, rozbijamy namiot, jest dziewiąta rano, pojebała nam się droga i poszliśmy w zupełnie złą stronę, przez jakieś pola i łąki, dzielnice willowe z małymi pałacykami wzdłuż nowej drogi, pomyślałem, że&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; Cezary Novakosky musiał mieszkać właśnie w jednej z takich niedostępnych rezydencji,&lt;/span&gt; a my z tymi plecakami konserwami i czym tam jeszcze psujemy mu krajobraz przed domem, kiedy to on popija poranną kawę na tarasie, siedzi w szlafroku, na stoliku ma świeżą wyborczą, popija ze szklanki drobnymi łykami, filuternie prostując przy tym mały palec, tak jak uczyła go babcia, to jedyne, co wyniósł z jej nauk, z jej istnienia, zanim wygasło. Zasiadamy więc na poboczu i wyjmujemy pogniecione fajki, palimy, dym ulatuje w powietrze, plujemy na chodnik i po kilku minutach ruszamy dalej. I wreszcie dochodzimy na miejsce, na to jebane pole, rozbijamy namiot, dziesiąta rano, nie spałem od trzydziestu godzin i nadal stoję, o dziwo, na tych wykałaczkach, nadal pełen sił, ale za to zrezygnowany, w proszku. Jest tak, jakbym o tym śnił&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6998736641017552016?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6998736641017552016'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6998736641017552016'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/62.html' title='.62'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-7913155972978660003</id><published>2010-08-07T15:05:00.001-07:00</published><updated>2010-08-07T15:07:19.981-07:00</updated><title type='text'>.61</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;ludzie nie istnieją&lt;span style="font-size:78%;"&gt;ludzie nie istnieją&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ludzie nie istnieją&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ludzie&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;nie &lt;span style="font-size:130%;"&gt;istnieją&lt;span style="font-size:180%;"&gt;ludzie &lt;span style="font-size:78%;"&gt;nie  &lt;span style="font-size:85%;"&gt;istnieją&lt;span style="font-size:130%;"&gt;ludzie &lt;span style="font-size:78%;"&gt;nie &lt;span style="font-size:180%;"&gt;istnieją&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ludzie &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:180%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-7913155972978660003?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7913155972978660003'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7913155972978660003'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/61.html' title='.61'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3090178617433553143</id><published>2010-08-07T08:15:00.000-07:00</published><updated>2010-08-08T03:22:57.444-07:00</updated><title type='text'>.60</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Podróżujemy po Polszy, wyjeżdżamy za granicę. Odwiedzamy najpiękniejsze miasta Starego Świata: Londyn, Paryż, Wiedeń, Budapeszt, kierunek wschód, starówki i średniowieczne uliczki, niegdyś niedostępne jak niebo, odległe jak ocean. Obce połacie pól z rosnącym horyzontem, których widok napełnia nasze serca jakimś dziwnym, nieokiełznanym przeczuciem, że oto prawdziwie jesteśmy, i, chociaż rozłączeni, to jednak świadomi, iż bez wątpienia zostawiliśmy gdzieś po drodze wspólny ślad na linii prostej naszego czasu, odcisk buta na świeżym puchu. Egzotyczne perspektywy, jakie rozpościerają przed nami swoje skrzydła, mają jedno wyczuwalne przeznaczenie - istnieją tylko dla nas, po to powstały, byśmy wreszcie, w odpowiednim czasie, mogli zobaczyć je w całej swojej nieodgadnionej okazałości. Jesteśmy w ciągłym ruchu, wiesz, dobijamy do portu wyłącznie po to, by przespać się na stabilnym gruncie, jakbyśmy podświadomie bali się jakiegoś osuwiska, maelstormu, który wciągnie nas gdzieś w nieznany wymiar, wir, albo burzy, która najpewniej zostawiłaby nas na samym środku morza bez steru, z posmakiem soli w ustach. Schodzimy więc na stały ląd, przeczesujemy miasta i dzielnice portowe tak, jak grabi się liście spod jesiennego, ogołoconego drzewa, stare fabryki, poprzemysłowe hale, szukamy znaków i odbić na murach, śladów istnienia, którego przecież zawsze tak drastycznie nam brakowało, by w odpowiednim czasie, kiedy zastanie nas już świt blady i pewny i kiedy słońce przypomni o sobie, zostawiając na naszej wysuszonej skórze pojedyncze bąble i małe obrzęki, wrócić na miotany przez fale morskie pokład, odbić od brzegu i zdać się na odpływ, na drogi powrotne; każdego poranka koczujemy na drewnianej powierzchni statku jak kraby, których całe hordy wiedzieliśmy na kamienistym wybrzeżu Chorwacji, skurczeni jak starcy, z podbitymi obliczami. I brakuje nam tylko muzyki, tak, muzyka powinna grać nieprzerwanie w czasie każdego rejsu. Pamiętam płonący ląd Bośni i Hercegowiny, który obserwowaliśmy z bezpiecznej odległości zaraz po zachodzie słońca. Pomyślałem o ludziach, zmuszonych, by biec i całym sobą oddać się okaleczonym nogom, zmuszonych, by uciekać przed pożarem i ogniem nieprzyjacielskich karabinów, o ich wierze w przetrwanie - na pewno wierzyli w życie tak mocno, jak my wierzyliśmy wtedy w naszą jedność na tym butwiejącym pokładzie - która w ostateczności doprowadziła ich przed oblicze samego Boga. I wtedy, mając cię przed sobą, powiedziałem, że brakuje tylko muzyki, która nie pozwoliłaby odrywać wzroku od tego obrazu, która utwierdziłaby nas w podziurawionych ciałach tamtych powstańców, tamtych rewolucjonistów. I potem widok ten zlał się w jedno z powietrzem i jeszcze przez długi czas odbijał się w wodzie niczym pokaz sztucznych ogni na starówce jakiegoś przytulnego miasta. Przyszła jednak pora, by ruszyć dalej, dalej w tą część zapomnianej Europy, w strach i kolejne widma ciemności, cienie wyrzucane na drogę jak zwłoki do wspólnej mogiły.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3090178617433553143?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3090178617433553143'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3090178617433553143'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/08/60_07.html' title='.60'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-9038678381207297341</id><published>2010-07-25T03:19:00.000-07:00</published><updated>2010-07-25T03:22:27.926-07:00</updated><title type='text'>.59</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I czuję, i widzę scenę, w której idiotycznie śpiewam wake the fuck up, przytupując kretyńsko nogą na jakimś opuszczonym przystanku autobusowym w małym, skrępowanym miasteczku, w deszczu, z parasolem nad głową, chociaż i tak już cała bluza mokra, cały zmarnowany, obolały, z siniakami od niewiadomoczego, otwierając usta, zupełnie sam na peronie, jeszcze grubo przed świtem, który kiedyś nadejdzie i otworzy to zaklejone niebo, wyrzuci w eter ptactwo i resztę swojego kramu. I starzy, niedołężni mężczyźni w oknach zaczną strzelać do nich z przekrzywionych wiatrówek, myśląc, że &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;to wrogie bombowce jak za starych czasów&lt;/span&gt;, i wyjdą ludzie do sklepu, by kupic chleb, papierosy, a ja nadal, tak samo jak teraz, zostanę bez kasy, z jakąś żałosną karmą w kieszeni, z papierkami, spoglądając na te strzelające kamienice, w tym deszczu wyglądają jak wielkie łodzie na środku morza, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ładują z armat przed siebie,&lt;/span&gt; wyspa w ogniu, śmierć w oparach napalmu, tyle straszliwego hałasu, chociaż pełnia nocy i sam jedyny, czekam na tym peronie, górna płyta, chociaż dolnej wcale nie ma, trzy metry nad poziomem osiedla, powrót, drogi powrotne.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-9038678381207297341?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9038678381207297341'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9038678381207297341'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/59.html' title='.59'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1973497485958338519</id><published>2010-07-24T03:09:00.000-07:00</published><updated>2010-07-24T03:15:19.389-07:00</updated><title type='text'>.58</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wieje przeraźliwy wiatr, więc - przerażeni - obserwujemy z wnętrza autobusu jak obija się o ściany opuszczonego Kozubnika, unosi liście i w domyśle wprawia drzwi w niepokojące skrzypienie, pozostałości po pukaniu, drzewa w oddalony szum; deszcz spływa drogą, jakby nie była ona wcale drogą, a rynną. Jest pochmurne, szare popołudnie i wąsaty (a jakże) kierowca wysadza nas na tym ostatnim przystanku, otwiera drzwi i z niecierpliwością spogląda w naszą stronę, okoliczne spojrzenie, zaraz pod hotelem, który kiedyś przecież niewątpliwie był, a teraz nie ma go z całą swoją wewnętrzną intensywnością, wychodzimy w to skrzypienie i szum z oddali, w tą cieknącą pod nogami rynnę. Autobus ginie gdzieś za najbliższym wzniesieniem, jeszcze przez chwilę pozostawiając za sobą nieuchwytne pomruki świateł, nieśmiało dziurawiące ciemność czerwone kropeczki, które przywodzą na myśl &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;dwa małe znicze, malutkie promyki.&lt;/span&gt; W mgnieniu oka zlewają się z ciemnością, bo tak, bo już wybił zmrok, ciemność; i czuję, jak świadomość tych wszystkich martwych rzeczy wbija się we mnie, wlewa jak ten deszcz do wiaderek, napełnia odpowiednie dziury pojedynczymi kroplami. Odgłos starego, zdezelowanego silnika wylatuje w atmosferę i pędzi do innych szerokości geograficznych; nie możemy go usłyszeć, bowiem rozpływa się, nie istnieje w tym gwarze,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;na tym złomowisku. Puste przestrzenie, jakie teraz przemierzamy, zawsze - od lat najwcześniejszych - napawały mnie czymś nieokreślonym, jakąś pierwotną odmianą lęku. Myślę, że nie jestem w tym odczuciu odosobniony. Przechodząc przez te zdewastowane podwórza, myślę o ludziach, którzy kiedyś, w czasach odległych i niepamiętnych, stawiali tutaj swoje stopy, pozostawiali ślady, a potem jak jeden mąż ginęli w wypadkach samochodowych, w katastrofach górniczych, w sposób bardziej lub mniej wyrafinowany, pomimo niezłomnej wiary w życie, jaką bez wątpienia żywili, wraz ze wszystkimi swoimi odczuciami i powikłaniami. Jest tak, jakbyśmy chodzili po ich kościach, po rozżarzonym węglu, jakbyśmy - pełni tępej, bezmyślnej radości - odwiedzali zbiorowy sarkofag i chociaż rozsądek podpowiada, że żadna z tych rzeczy nie ma ze sobą najmniejszego związku, deszcz z niewzruszoną uporczywością drąży framugi, stropy, przecieka przez dach, gromadzi się w niedostępnych kątach.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1973497485958338519?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1973497485958338519'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1973497485958338519'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/58.html' title='.58'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-466048087004985512</id><published>2010-07-20T10:17:00.001-07:00</published><updated>2010-07-20T10:17:57.365-07:00</updated><title type='text'>.57</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;przecież tak nie można&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-466048087004985512?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/466048087004985512'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/466048087004985512'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/57.html' title='.57'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-9145316924819799314</id><published>2010-07-20T09:37:00.000-07:00</published><updated>2010-07-20T12:07:25.048-07:00</updated><title type='text'>.56</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i chodzimy w tych chujowych ubraniach, ciuchach, w jakichś szmatach z epoki brązu, istotne pokurwienie i pochuizm, w ogóle nie dbamy o to ciało, które - swoją drogą - przybrało ostatnio trochę na wadze, nie jesteśmy piękni, hoduję żywe kultury bakterii na łydce, zbierałem wodę ze strumyka, bo studnia nawaliła, działka, fundamenty, budowa i te sprawy, wiecie jak jest, pierdolę, chodzę teraz z mikroskopijnymi kumplami (pozwolę sobie tutaj wkroczyć na grunt trochę bardziej kameralny, wybaczcie, ale po prostu muszę, nie mogę się powstrzymać. Powinienem więc przytoczyć epicką frazę: "HEHE, bo mi do dicka dojdzie", bowiem tak bardzo wydaje mi się teraz na miejscu, tak bardzo oddaje klimat zaistniałej sytuacji lirycznej) i mówię im: "siema" i zasiadamy razem do stołu, cała rodzina szczęśliwa, jemy jakieś wyjątkowo gówniane śniadanie, słuchając przy tym dziewczęcej muzyki, bo tylko taka ostatnio mi się podoba, tak, kiwając głową w jej takt rytm czy co tam jeszcze, po śniadaniu idziemy na spacer, och, taka piękna pogoda i tacy brzydcy ludzie na zewnątrz, szara odmiana szarości i w tym momencie czytelnik nie powinien wykazywać żadnego, ale to absolutnie żadnego stosunku względem przytaczanego obrazka, bowiem to nie jest obrazek, to jakiś obsceniczny screen z ostatniego koszmaru, który - powoli, acz nieustannie - zbliża się ku końcowi, soła i kamienna plaża, pyłki, lato pełną gębą, wspaniałe warunki dla moich kumpli; stają się teraz widoczni, widzialni, mała, czarna plama z mniej lub bardziej zawiłymi odnogami, ciemne kreski na łydce, kurs północ-południe, tak ładnie rozciągają się po całej nodze, patrzą oczkami i czegoś oczekują, nie mogę, tak ich polubiłem, że po prostu nie jestem w stanie ot tak zakończyć ten świeży (bądź co bądź) żywot; kryje się bowiem za nim świadomość kolektywna, materializacja pomysłów Marksa, nie no, przesadzam, jednak na pewno coś w ten deseń, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;jedność klasowa - właśnie! jedność klasowa, no bo przecież nie ta kurewska narodowa;&lt;/span&gt; ostatnio przeczytałem zajebistą książkę i skumałem o co chodzi, rozkminiłem temat, rozgryzłem wątek. Nie mogę więc i zostawiam ich w stanie zastałym, w środowisku doskonałym, tak śmiesznie nazwanym, komunikujemy się, wysyłają mi sygnały do centrali, do mózgu, żebym sobie usiadł w cieniu na brzegu rzeki i popatrzył na ten wschód kosmosu, który jest który jest&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; który jest taki piękny,&lt;/span&gt; podążam więc za ciosem i, pełen bożego miłosierdzia, spoczywam, obserwuję koryto, bieg wody. I chciałbym uwierzyć, że to nie jest bieg, koryto, a szum, szumienie i brak horyzontu przede mną; że tam się kryje jakiś niedostępny ląd, który z nowej perspektywy byłby dostępny, dzikie ryby, które robią tak: "OoOooOOO" (to też jest wątek kameralny, jeszcze raz sorry, ale naprawdę nie mogę, och, ileż się uchowało tego wszystkiego w mojej pamięci, ileż!) i są bezmyślne ze swojej natury, czają się na płyciźnie, sumy, wciągają - najpierw krowy, a potem małe dzieci, no, w gruncie rzeczy jedno dziecko, drugie było sprytniejsze i uciekło po pomoc, ale - jak się okazało - przyszło z tą pomocą zbyt późno, bowiem sum już się najadł i odpłynął. I jakieś sensowne miasta, z których pochodzą płomienni mężczyźni i płomienne kobiety, ładne ubrania w drogich sklepach, pielęgnacja ciała, nie jakieś bakterie na łydce, na jakiej łydce, teraz już na całym ciele, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;to był podstęp, usiadłem, a one mnie opanowały&lt;/span&gt;, zamyśliłem się, a one przejęły kontrolę nad moim wątłym, brzydkim ciałem, w ciało obce je zamieniając, swoje zdradzieckie kolonie zakładając, nowych szefów zatrudniając, czystki krwawe przeprowadzając! Już nigdy nie zaufam tym skurwielom, teraz zsyłają mnie na Sybir, zsyłają mnie na zsyłkę, banicja, ale ja jeszcze wrócę, myślę, zapominając, że one permanentnie mnie podsłuchują, och, zgubionym i zagubionym, więc w akcie rozpaczy wchodzę do wody, po kolana, zamaczam łydkę, chcę zniszczyć ich stolicę i &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;wszystkie instytucje, aparat represji,&lt;/span&gt; obalic ten system, ale coś nie jest tak, jak być powinno, czuję pulsowanie gdzieś w środku, sił ostatek, wycieńczenia nieuchronny początek, inicjatywy odebranie, jajaja, obce nasłuchiwanie i eksterminowanie, opuszczam to brzydkie ciało, do którego i tak nie byłem przywiązany, ba, które w gruncie rzeczy wyłącznie ludzi straszyło, złych przyciągało, a mnie w konsternację wciągało, poza tym w tandetnych ubraniach chodziło, lewituję, oddaję władzę, wsiadam do pociągu z czerwoną gwiazdą, to zsyłka, ktoś mnie wsysa do ogromnego odkurzacza jak w "ghost busters", w środku jest ciemność i ktoś kicha, nara.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-9145316924819799314?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9145316924819799314'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9145316924819799314'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/56_20.html' title='.56'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1315261669356022356</id><published>2010-07-18T01:04:00.001-07:00</published><updated>2010-07-18T01:51:50.437-07:00</updated><title type='text'>.55</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Cykliczne opadanie. Zza chmur wyłania się spóźnione słońce i jest w tym wszystkim jakiś cichy podstęp, oszustwo, świt uprzedza nas i całą resztę tych wąskich ścieżek, przez które bezskutecznie próbujemy się przedostać. Gdybym miał śpiewać o zbawieniu, śpiewałbym ponuro, myślę, obserwując rachitycznie pnącą się w górę wieżę tutejszego kościoła. Śpiewałbym ponuro, a jednak całą utratą, całym swoim błagającym o litość jestestwem widzę; mam wzrok pełny niewiadomego ciśnienia; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;kieszenie pełne ognia, szereg dziwnych ciągów,&lt;/span&gt; jakieś zamazane sceny, niewyraźne perspektywy - rozpościerające się przed nami ogromne połacie pól dają o sobie znać czymś nieuchwytnym jak sen, oddajemy więc w siebie to przetrawione powietrze, przedzieramy się przez gęstą, wysoką trawę, mgłę, chłód i chrust. W tym pejzażu przyszła mi na myśl jakaś zmiana, prawdziwe poruszenie, poczucie nieograniczonego wyboru, albo nie, jednak ograniczonego, ale zawsze wyboru, zapewniony pluralizm percepcji. Wymuszamy wolność, która jest. &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Która kryje się gdzieś na tym gościńcu &lt;/span&gt;- poczucie, że kiedyś pozbędziemy się tej naleciałości, tego nagromadzonego powietrza, wilgoci, świtów zaskakujących w najmniej odpowiedniej porze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Tymczasem on mówi, że jest głodny,&lt;/span&gt; zupełnie w tym głodzie uwięziony, spoglądamy na siebie, siedzimy na kręgach i obserwujemy ten poranek, determinowani przez potrzebę pochłaniania, wchłaniania i czego tam jeszcze. Generowani przez przypadki, bierniki. Już nigdy nie uwierzę temu kutasowi, co właśnie nogami dynda w jedną i drugą stronę, co myśli, że wszystko jest tak, jak być powinno, no, oprócz tego jebanego głodu, który przecieka przez nasze pospolite wnętrza, kwasy. Mamy za sobą wszystko, co obce, a było tego przecież tak wiele, te wieczory, czuwanie i wypatrywanie znaków na drodze mlecznej, zęby, zęby, nieświeże oddechy i usta wypełnione zalepą, brzaski.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1315261669356022356?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1315261669356022356'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1315261669356022356'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/55.html' title='.55'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1668975492273760252</id><published>2010-07-17T02:09:00.001-07:00</published><updated>2010-07-17T02:10:52.180-07:00</updated><title type='text'>.54</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i coś tam, coś tam&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1668975492273760252?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1668975492273760252'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1668975492273760252'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/54.html' title='.54'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-9133212133559953677</id><published>2010-07-07T13:18:00.001-07:00</published><updated>2010-07-07T13:19:53.100-07:00</updated><title type='text'>.53</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wszystkie tryby przypuszczające świata. Całkiem niedawno napisałem sążnisty esej o pociągach, ale nie chodziło mi o kondycję PKP, cóż, każdy widzi, jaka jest kolej w tej przepięknej Polszy, nie chodziło mi więc o kolej polityczną, miałem na myśli pewien epizod w moim życiu, jakiś taki okres, tak się zebrało na różne takie, co wskakują do głowy: wspominki, jakieś tam rozrachunki. Teraz jest rzecz inna, obowiązuje zupełnie inna ustawa i to chyba wporzo, ale kto tam do końca wie. No właśnie, zastanawiam się jakby to było mieszkać na łodzi, zbieram powolutku, odkładam każdego miesiąca na taką małą, fajną żaglówkę, wjebię się do Soły, potem poprzez Wisłę do jakiegoś morza, wszystko bez żadnego patentu, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ale spoko, za to z kolegami, z ekipą&lt;/span&gt;, z tymi ludźmi SzKKO, zawsze coś i ktoś. Od - że tak powiem - zarania dziejów jarało mnie mieszkanie na otwartej wodzie, a raczej nad nią, cumowanie nad ranem, wiesz, żadnych sąsiadów, jakieś takie lajtowe klimaty i żadnych wojen w tej całej zabawie, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;o, jaranie, jaranie na pokładzie, ogólnie pokój i harmonia&lt;/span&gt;, jak to jest, kiedyś spałem na łodzi, no tak fajnie byłoby wykołować coś takiego, no.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-9133212133559953677?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9133212133559953677'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9133212133559953677'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/07/53.html' title='.53'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8242149065138830195</id><published>2010-06-22T13:07:00.000-07:00</published><updated>2010-06-22T13:08:01.116-07:00</updated><title type='text'>.52</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jezu&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8242149065138830195?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8242149065138830195'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8242149065138830195'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/52.html' title='.52'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4854740861619727301</id><published>2010-06-20T14:50:00.000-07:00</published><updated>2010-06-21T13:13:00.949-07:00</updated><title type='text'>.51</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Hej hej, ludzie panie i panowie, nie wiem czy wiecie, ale mam kumpla, który nazywa się Bastek i ma włosy jak Jim Morrison i okulary ciemne, co go skutecznie od słońca chronią, ostatnimi czasy nasze relacje trochę się pogorszyły, czasami tylko wychodzimy na fajkę i coś tam do siebie próbujemy rozmawiać, w jakieś tematy się wkręcić, ale kiedyś, ale kiedyś chodziliśmy razem na wódkę, na popijawy, na koncerty do Bielska jeździliśmy, na Kamieniołomie imprezowaliśmy, dupy razem wyrywaliśmy, do Chorzowa jeździliśmy, wtedy było grane i mieliśmy lat &gt;18, ja grałem na gitarze, a on miał uczyć się na garach, ale się zjebało i w sumie skończył też na elektryku i mieliśmy zakładać zespół i nawet takiego małolatę potencjalnego dramera rozkminiliśmy, ale nic z tego nie wyszło, no bo jak miało wyjść, trzech gówniarzy, co o muzyce nie mają pojęcia i jak tutaj niby tworzyć hity, nie było warunków, no więc znam takiego Bastka, który teraz nie robi nic prócz picia, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;znalazł sobie nowego ziomka&lt;/span&gt;, Kekę, dawny postrach szkoły, słuchał hipoplohofihihopu i nosił długie bluzy, jednak po wpływem tej Bastka znajomości przerzucił się na Kazika, spotykają się u niego w piwnicy i tam piją, a ja nawet nigdy tam nie byłem, ponoć miejsce święte i magiczne, nigdy mnie tam nie zaproszono, czasami, kiedy jestem w pobliżu, dzwonię wiec z sentymentu do Bastka i ustawiamy się pod budą na fajkę, palimy i wieje wiatr, kiedy chcemy się jakoś do siebie odezwać, otworzyć usta, ale tematy się skończyły, więc spoglądamy na góry, błyska się i tak, tak, szczęk żelaza, wszystko za horyzontem, na pierwszym planie urwany most tęczowy, powódź 2010 i błękitny24 na górze, zawsze, gdy tak stoimy i próbujemy coś z tej pseudorozmowy wyciągnąć, myślę sobie, że to już defintywny koniec naszej przyjaźni, wszystko kończy się jak kobiety, on nie ma kobiety, ja nie mam kobiety, rzuciły nas, kiedyśmy je jeszcze mieli, bo się zorientowały, że z idiotami się skumały, że z kretynami mają do czynienia. Siedzimy więc i po paru minutach mówimy sobie zdawkowe "nara", wyrzucamy z siebie tę starą zażyłośc, jedynie pożegnanie zostało prawdziwe, jak za starych czasów, ja już z nikim nie piję, nie no, piję, znalazłem innych ludzi, SzKKO, ale to &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;trochę inny poziom, inne jarzenie&lt;/span&gt; (może będzie o tym kiedyś szerzej, teraz mi się jeszcze nie chce). Póki co jest Bastek i definitywny koniec przyjaźni z nim, ja niedługo wyjeżdżam, uciekam stąd do Krakowa, mam już załatwione ładne i przyjemne mieszkanie na gdzieśtam w chronionym bloku, wyjeżdżam więc, a on zostaje, bo jemu tutaj dobrze, bo on lubi gnić i tak sobie nic nie robić, czasami jakiś kamień przerzucić, czasami w coś pyknąć, napić się i jakoś zimować, a ja mam tego okropnie dość, wreszcie mam takie przeczucie, że coś się naprawdę skończyło, nie wiem, dzieciństwo, że teraz przyjdzie jakiś duży pan, który użyje gwizdka, by nas ogłuszyć i ustawić w szeregu i powiedzieć, oświadczyć, że teraz to już żarty się skończyły, koniec zabawy, czas pakować swoje rzeczy i wypierdalać, opuścić ciepły kurwidołek i jakoś samemu się zorganizować, ustatkować. A my popatrzymy na niego i się z&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;organizujemy, ustatkujemy, bo co innego&lt;/span&gt; mielibyśmy zrobić, rozejdziemy się i każdy zacznie na swój rachunek, tak niefortunnie wkminiłem się w tą ziemię, jak jakieś pierdolone drzewo, zapuściłem korzenie i wodę ssałem, sole mineralne pobierałem z natury, Bastek woli pozostać na tej płaszczyźnie, a ja chciałbym, żeby mnie ktoś ściął i zaprowadził do obróbki, gdzie będzie jakiś nowy obraz, gdzie potem ponownie powiemy, że nie udało się, nic się z natury nie udaje, jest tak, jakbyśmy byli wlani w jakieś naczynie, do którego ktoś nalewa wodę i nic się nie zmienia, wszystko pozostaje w miejscu, a latka biegną, a włosy są siwe.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4854740861619727301?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4854740861619727301'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4854740861619727301'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/51.html' title='.51'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-1453732409822373181</id><published>2010-06-13T11:56:00.000-07:00</published><updated>2010-06-13T12:01:16.855-07:00</updated><title type='text'>.50</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzymamy rękę na pulsie, bo niby gdzieżby inaczej można było ją położyć, mam ochotę wracać na nogach i właśnie deklaruję swoje zdanie, właśnie zarzucam tym szalonym pomysłem, wychodzę z inicjatywą, jest tornister jest zabawa, ale ktoś odpowiada, że mnie pojebało, więc zrezygnowany - rezygnuję, siedzę cicho, odpalam papierosa i myślę: mnie tutaj nie ma, schodzę z orbity i woduję na pustym oceanie, widzę latarnię i oznaki lądu, płynę więc wpław, rzucam się w ten odmęt, w tą taflę i kamienie pode mną, odbijam się, sięgam do kieszeni, w której panuje chłód i szkło, półlitrowa przyjaciółka, jedyna pamiątka, jaką wyniosę z tego miejsca, mgliste obrazki przelatują mi przez myśl jak odłamki granatu przez ciała rebeliantów. Potem sikamy na bank, hm, teraz nie przypomnę sobie nazwy, sikamy na mury i ściany, &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;olewamy instytucję, kurs złotego i deficyt budżetowy&lt;/span&gt;, zadłużenie publiczne, Marka Belkę i strefę euro, strefę ERM II, punkty procentowe i EBC, Komisję Europejską i samego Barroso, coś się musi dziać, więc jest tak:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;nadszedł piątek roku pańskiego, godziny wieczorne i autobus, który powinien tutaj być już jakieś dwadzieścia lat temu, a jednak wciąż uporczywie go nie ma i nie ma, wszystkie nastolatki wszechświata i muzyka z telefonów, która niedbale wrzyna się w to gęste powietrze, która róbi półobroty i piruety, ktora dochodzi do naszych uszu, a na którą w żaden sposób nie reagujemy, czekamy na autobus, kolejny raz pośrodku niczego, wokół gór, małe, skrępowane miasteczko o pospolitej nazwie, niskie chodniki i wysokie pobudki, lokalny patriotyzm, ziomki, gapie z balkonu i nieprzystępni, niegościnni tubylcy. Jeżeli coś nam dolega, to chyba ta najbliższa rzeczywistość: chorujemy na nią jak na cukrzycę i wszystkie inne fatalne zarazy, te wszystkie wypady, co się ich nigdy nie wspomina, okryte ciemnością pasma gór, całe to determinowane przez przypadek życie, do którego ktoś nas podstępnie wypluł. Na podbeskidziu nie interesować się motoryzacją to rebelia, wypaczenie i skaza, wszystkie te zakompleksione miejsca i próby szukania wyjścia, jakiegoś rozłamu, dziury w murze, który rośnie, który ginie za horyzontem, wznosi się i widać go z orbity ziemskiej, ciągłe kluczenie w rozkadach jazdy; jest w nich jakaś dyskretna nadzieja, jakaś szansa, chociaż tak naprawdę jesteśmy przecież dokładnie zaplanowani, my, oni, ludzie spotykani czasami na przystankach, obce i odległe jak Moskwa problemy, pozdrowienia rzucane w atmosferę niedbale, acz serdecznie. Cóż to za droga, chociaż wydaje się, że mogłaby trwać wiecznie, nie topić się w tej śmierdzącej rzece i żałośnie niskich-błagających o litość górach, z których błoto i powódź uchodzą w pierwszej kolejności. Błoto schodzi w dół, spływa i teraz musimy w nim brnąć, dreptać, z zasady przeklinać, gdy przedziera się przez cienkie warstwy czarnych butów, te podróbki wielkich marek, mały targ, na którym siedział Leon i powiedział, że jest okazja, że jest montaż.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;I nagle wrzask, pisk &lt;/span&gt;kobiet i opon, autobus, bus, mała przestrzeń dzieląca nas od tego szaleństwa, zaparowane szyby, pot w kabinie. Kierowca ma wąsy i kasuje bilety, rusza, prędkość, odbieranie nielicznych bodźców zawsze dokonuje się na tej samej zasadzie: byle do przodu, byle do  miejsca przeznaczenia, bo już doskonale wiemy, gdzie wylądujemy, z kim wylądujemy i jak. Wylądujemy w błocie, w cieknącej brei i długiej podróży w złym kierunku, bez sensacji ni owacji, obnażone plecy i ramiona, a na nich ślady po szczepionkach, zadrapania, stany zapalne, każda przebyta zima wyryta na czole, krótka spinka, która dziurawi nas tak, jak gwiazdy czynią to niebu. Kierowca, który ma wąsy, prowadzi nas przez najciemniejsze pustkowia: droga jest czarną, cienką linią prostą na układzie współrzędnych, na prawo i lewo roznoszą się kolejne punkty, sześciany i bryły z podbitymi oczami, z opuchniętymi oknami, zza których spoglądają dziwne twarze, zupełnie nic nie mówiąc. Przestrzeń, jaką zajmuję, mieści się w małym fotelu i teraz, spoglądając na tych towarzyszy podróży, czuję, że noc sięga zenitu, apogeum, że ona tutaj rządzi, dyktuje warunki i określa zasady, na jakich możemy funkcjonować, bez apelacji i kasacji, bez prawa do wnoszenia skargi. Pola, które przecinamy, giną gdzieś i znikną szybciej niż na dobre w nas zaistnieją, są ledwo zauważalne, wszystko przeciąga się i rozciąga, cała ta pielgrzymka do ziemi świętej, wyprawa powrotna na korty, gdzie w spokoju wypijemy to, co zostało, same niedobitki, odpalimy papierosy i ruszymy się dalej w wysokie pobudki, nie zdając sobie zupełnie sprawy z tego, że to wszystko mogło wyglądać zupełnie inaczej, w kompletnie innym miejscu, krótkie rachunki sumienia, nieodbyta pokuta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wyjedźmy stąd, Magot, rzućmy to wszystko. Te osiedla, wylewające rzeki, nieprzejezdne mosty, te odrapane ściany i walące się kamienice, remonty finansowane przez odległą Unię Europejską, wynieśmy się daleko poza ten płaski horyzont, spakujmy swoje rzeczy, znajdźmy walizkę, wepchniemy tam kilka książek, papierosy. Udajmy się w stronę dworca, a stamtąd złapiemy odpowiedni pociąg, pociąg do ciepłych krain, Magot, mam tego wszystkiego tak potwornie dość, tych parków i wyzutych z jakichkolwiek wniosków wieczorów, ptasiej grypy, przed którą bronią się ci wszyscy brzydcy ludzie na obcych klatkach, tych usłanych śmieciami pól i łąk pogrążonych w złym słońcu, nagrajmy na płytę najpiękniejsze piosenki świata, niech nam towarzyszą w podróży, zapomnijmy o tym, zacznijmy wszystko jeszcze raz, bo przecież istnieje coś takiego jak szansa, początek, wydzielmy sobie nową przestrzeń i do jakiegoś ciała przylgnijmy; deszcz spływa rynną, deszcz żyje samym sobą i opada na nasze głowy, stoimy w deszczu, miejsce, przystanek, szarość chodników i te betonowe stopnie, to powinno skończyć się o wiele wcześniej, już tyle tutaj straciliśmy, ale wszystko można naprawić, jeszcze pora, by zawrócić, co nas tutaj trzyma, czego jeszcze oczekujemy, wyjdźmy stąd, zostawmy otwarte drzwi i klucz w zamku, przekroczmy tą granicę, o której tyle się mówi w telewizji; mówię do siebie w tym deszczu, ze słuchawkami na uszach, przytupuję nogą i kto, Magot, może mnie o coś takiego podejrzewać, kto może mieć pojęcie, kiedy czekam na samochód, by przyjechać do ciebie, obserwując kropelki, sprawdzając rozkład jazdy?&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-1453732409822373181?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1453732409822373181'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/1453732409822373181'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/50.html' title='.50'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3916575229827956927</id><published>2010-06-11T04:09:00.000-07:00</published><updated>2010-06-11T05:51:31.783-07:00</updated><title type='text'>.49</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W pamięci hiperteksty z salonów, szczyty przystępnych gór, widoki na bielskie rozlewisko spod krzyża, który świeci, na który chcemy się wspiac, ale brakuje nam sił, opadamy więc jak strażacy z okolicznej ochotniczej straży pożarnej, ześlizgujemy się na dół, bo postanowiliśmy, że nie, że nie będziemy spędzac nocy w tym roju pcheł, pająków, w tej uwalonej majonezem pościeli. Wszystko, co oferuje nam tutejsze schronisko, zamyka się w zupie, a i to również niezbyt chętnie, przez wymuszenie. Błądzenie, droga przyprawiona ostatnimi smaczkami zimy,  niewiarygodne&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, przeraźliwy wiatr, który wdziera się wszędzie, który powoduje szumienie i rozlewanie, krótkie przystanki, oddawanie moczu w ciemne krza&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;ki&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Potem idziemy do Kaskady,&lt;/span&gt; która dziwnym trafem jeszcze funkcjonuje, która jeszcze jakoś się trzyma, chociaż przeczy to wszelkim prawom tutejszej natury, kupujemy piwo w puszkach i siedzimy, bo co robic. I siedzimy, bo rozmawiac już dawno zupełnie nie ma o czym. Prawda jest taka, że to już schyłek, jesień narodów, ostatnia prosta na linii czasu, wchodzenie w tą znikającą perspektywę, obrazki przelatujące przez pamiec, liżące jej przestrzeń jak świeżo zdobytą ranę. Jeszcze przelotne spojrzenia, które zupełnie niczego nie zwiastują, opadanie i wodospady krwi, wirowanie w tym gąszczu i sieciach nieistniejących fabryk, zamykane knajpy i pogrążone w ciemności centrum, już można iśc tylko do łózka grzecznie i spokojnie, ale to również chwilowo niemożliwe; brakuje mi zagubienia. Poczucia ułomności i ulotności, jestem przepełniony niedoskonałościami, ale nigdy nie wyjdę poza ten kontrolowany obszar, granice tutaj nie istnieją, są wymysłem, proszę o zbawienną pokutę i rozgrzeszenie. A po drugiej stronie globu babcia jest jak z krzyża zdjęta.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3916575229827956927?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3916575229827956927'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3916575229827956927'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/49_11.html' title='.49'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3871403361157140764</id><published>2010-06-08T14:30:00.000-07:00</published><updated>2010-06-11T01:47:54.626-07:00</updated><title type='text'>.48</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A potem będziemy, kurwa, robic sobie zdjęcia z małymi szczeniakami, pieskami, z piesiami małymi zrobimy sobie zdjęcia i one będą przedłużeniem naszego nieodpartego uśmiechu, tylko w takiej opcji wystąpią z szeregu i po to właśnie zaistnieją, potem przyjdzie Karol i zrobi nam pełną sesję, a ja mu rzucę na mejla te zdjęcia z pieskami i on nam je zajebiście przerobi, rzuci filtr i podmieni czerwone oczy, a pot będzie się z nas lał i ja wyparuję w pierwszej kolejności, bo jestem z was wszystkich najmniejszy, mało zupy zostanie, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:85%;" &gt;mama rozda kluchy z miski pod stołem&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, co czekają cierpliwie na swój moment, już z niecierpliwości trochę nadszarpnięte przez zachłanne ząbki piesków, będzie ładny obiad i ładny dzień do spacerowania, stogi siana i pierwsze promienie, przeżyliśmy i nawet trochę tłuszczu niektórzy w sobie zgromadzili, gdyby przekłuc ich igłą, od razu by z nich uleciało, bo oni z tłuszczu się składają i po ulicy bezczelnie paradują, skrywają tą wiosnę i blokują jej promienie, okna pogrążone w cieniu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3871403361157140764?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3871403361157140764'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3871403361157140764'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/48.html' title='.48'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4139251198576506576</id><published>2010-06-05T03:50:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:49:29.223-07:00</updated><title type='text'>.47</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;JEBAC SĘDZIEGO&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4139251198576506576?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4139251198576506576'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4139251198576506576'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/47.html' title='.47'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6185700171683475428</id><published>2010-06-02T11:20:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:49:52.379-07:00</updated><title type='text'>.46</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Bulgot, sromot, wywlekanie się z jednego szcześcianu do drugiego, wszystkie te porozbijane okna i ranne szyby, poranne widoki na zewnątrz, wracanie, tak, przede wszystkim wracanie, Instytut Pamięci Wracania, tego wracania całe kartoteki, rozliczne powroty do domu, zawsze tak beznadziejnie przewidywalne, potem dzwonienie z niedziałających budek telefonicznych na wcale działające numery, wykręcanie i skręcanie się w kostkę, ręcznik i ścierka ubabrane keczupem. W całej różnorodności perspektyw, w całej rozciągłości i szerokości świata - nie tylko, jak się okazuje, geograficznej -  nadal jesteśmy wyjątkowo bezczelni, pozostający gdzieś tam na niegościnnych rubieżach okrytego złą sławą słońca, chociaż tak naprawdę nic i nikt nigdzie, nic do naprawienia, żadnego tynku do zdrapania, po nic się idzie, bo jedynym miejscem, do którego można dotrzec, jest sześcian w całym swoim przerażającym majestacie, potem te poranne widoki, zbieranie okruchów i &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:78%;" &gt;codzienne dokarmianie ptaków&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;, co wróciły z ciepłych krajów, co mówią, że nam nie wolno przesadzac z tą wszędobylską, nadmierną inicjatywą, co się nie pocą i nawet kości mają wypełnione powietrzem. Potem pozostają kamienie, ich stukot, kiedy upadają na chłodną płytę chodników i w sumie żadnych, ba, absolutnie żadnych wniosków, kondensacja horyzontów i przeświadczenie: &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:78%;" &gt;noo, okcydentalizacja,no tak&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;, chociaż można było o wiele prościej, pokojowo, można było zupełnie zrozumiale i bez żadnych niedomówień, zawirowań, niechcianych wtargnięc i tego niejawnego poczucia bezczelności. Jeżeli już mowa o narodzinach, trzeba zacząc od pępowiny, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:78%;" &gt;potem pójdzie reszta, stopniowo,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt; najpierw palce, nowe fryzury i wszystkie przymioty; potem już ciało, którego nie powstrzyma nawet kolejny widok latarni, te mity w pościeli, kolonie bakterii, co się dobierają do skóry; skóry nie ma, są łupiny po orzeszkach, obrzęki skrywane pod płaszczem.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6185700171683475428?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6185700171683475428'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6185700171683475428'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/06/46.html' title='.46'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8807543633802937846</id><published>2010-05-18T09:15:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:50:24.910-07:00</updated><title type='text'>.45</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;16.50&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Życzy pan sobie ten koklet z ryżem czy frytkami?&lt;br /&gt;- To przecież oczywiste, że z frytkami. - odpowiada Pan Marcin. Kto jest tak głupi, żeby wybrać w tej sytuacji ryż? Już spakowany, uwolniony, już w pełni świadomy swego własnego ja, już triumfujący i znajdujący się poza starym domem, bo w przydrożnej knajpie połączonej ze stacją bezynową, zamawia obiecany sobie obiad. Pan Marcin wierzy, że da radę w pojedynkę, Małżonka (która niebawem zamieni się w eksMałżonkę) do niczego nie jest mu już potrzebna, mam trochę forsy i żadnych prawnych decyzji o wspólnocie majątkowej, przynajmniej w finansach pozostałem sobie wierny i, jak się okazało, bardzo słusznie to wszystko wymyśliłem.&lt;br /&gt;- Jeszcze kawę proszę z mlekiem. - rzuca od niechcenia w stronę baru, za którym stoi jakiś babsztyl, kolejna cizia, och, wszystkie kobiety są wredne, wszystkie kobiety są takie same, jakże ja ich nienawidzę, one zawsze zdradzają. Właśnie. Właśnie! Przecież Małżonka pisała z jakimś frajerem, jak mu było, jak on był podpisany w jej telefonie: Piotrek, Piotr? Posyłam mu pozdrowienia i życzę kwitnącej przyszłości z tą kwoką! Oj, wpakował się chłopak niefortunnie, kimkolwiek on jest, ma naprawdę przesrane.&lt;br /&gt;Pan Marcin siada przy stoliku z widokiem na drogę krajową, jakieś drzewa, zagajniki. Po dosłownie sekundzie przychodzi babsztyl z kawą, kładzie mu ją (kawę) na stole, odchodzi bez słowa, brak kultury do klienta pokazując, jakieś chore socjalistyczne naleciałości demonstrując. Pan Marcin sięga do kieszeni, wyjmuje papierosa, zapala jednego i upija trochę czarnej cieczy. I to jest właśnie obraz nowego Pana Marcina: kawa i papierosy w przypadkowej knajpie. Właśnie taki nonkonformistyczny klimat załapał nasz bohater, właśnie takim siebie teraz widzi, taki pustelnik typu Aragorn, znawca odległych i tajemnych rubieży, wolny strzelec, nieobarczony żadnymi powinnościami izi rajder. Pan Marcin, by dodać sobie nieco animuszu, wyciąga jeszcze jednego papierosa i zakłada go sobie za ucho. Noo, teraz to on wygląda, noo, teraz to on jest prawdziwy radarowiec, może dosłownie wszystko! Nagle Pan Marcin czuje wibracje w telefonie, ktoś dzwoni, ktoś próbuje dodzwonić się na jego komórkę, wzdryga się nasz początkujący obieżyświat, papieros wypada mu zza ucha i ląduje na brudnej podłodze, ale nic to, Pan Marcin pośpiesznym ruchem wyciąga telefon, by dowiedzieć się, któż usiłuje się z nim skontaktować, to może Małżonka, to na pewno ona, któż by inny, chyba że ktoś z pracy, ale przecież nic takiego się nie stało, Cezary chyba nie skarżył się nikomu za tamtą wizytę, byłoby to w tych wszystkich okolicznościach wysoce niegodziwe, oj, nie zrobiłby dobrego wrażenia ten nowy znajomy, który przez tyle czasu był przecież demonizowanym i złym nieznajomym, diabłem wcielonym, szatanem w ludzkiej (?) skórze. Pan Marcin wpatruje się w ekran telefonu. Pan Jerzy, zastępca prezesa.&lt;br /&gt;- Tak, słucham pana, panie prezesie! - odzywa się kowboj, Niech to, przeskrobał sobie, ten palant będzie wrzeszczał, krzyczał i przeklinał. Jeżeli tak właśnie się zachowa, po prostu zakończę rozmowę, o.&lt;br /&gt;- Witam, panie Marcinie! - zaczyna profesjonalny, rzeczowy głos z drugiej strony - Dzwonię, by zapytać o wyniki rokowań z dzisiejszym gościem pańskiej filii - Pan Jerzy Zastępca Prezesa wyraźnie akcentuje to ostatnie słowo, jakby chciał dać do zrozumienia Panu Marcinowi o powadze tej sytuacji. Wgniata to trochę w fotel pracownika firmy znanej w całej Polsze i cenionej, ale on się już nie da, on chce rozmawiać jak równy z równym, bo przecież już po zmianie, już po metamorfozie. - Czy negocjacje okazały się korzystne?&lt;br /&gt;Pan Marcin pozwala sobie w tej chwili na krótką pauzę, na krótkie milczenie. Upija łyk kawy, nie wydobywając z siebie ani jednego słowa; każda sekunda z pewnością irytuje Pana Jerzego, który ceni sobie ludzi mobilnych, dyspozycyjnych, otwartych, umiejących pracować w grupie.&lt;br /&gt;- Niezupełnie - zaczyna po krótkiej chwili Pan Marcin.&lt;br /&gt;- Jak to: niezupełnie? - pyta ze skrytym jeszcze oburzeniem Zastępca Prezesa, pracodawca i bóg w jednej postaci, kapitalista z krwi i kości, człowiek interesu, profesjonalny ton, nienawiść wobec niesubordynacji i niekompetencji. Jakże Pan Marcin nie znosi tego tonu, czuje się wtedy Marcinkiem, a przecież przestał nim być, teraz już otwarcie może palić papierosy, już może jeść ze spokojem słodycze, może nawet samodzielnie brodę zapuścić!&lt;br /&gt;- Nasz klient yy, wycofał się jeszcze przed spisaniem umowy. Do niczego nie doszło, bo po prostu zrezygnował.&lt;br /&gt;- Hmm... - zastanawia się Pan Jerzy. Pan Marcin doskonale wie, jaką w tej chwili jego pracodawca przyjął pozę. Po drugiej stronie z pewnością drapie się po brodzie wolnym ruchem ręki, kieruje wzrok w górę, chce wyciągnąć jakieś wnioski; wszak jest profesjonalistą, trzeba uczyć się na poniesionych klęskach, wynosić z nich naukę. - Nie rozumiem - kontynuuje po chwili - klient nie był zadowolony z usług, jakie oferujemy? - pyta i nad tym pytaniem czai się duch pewnej podejrzliwości względem swojego pracownika; jakby zupełnie nic nie znaczyło to, iż Pan Marcin pracuje w firmie znanej w całej Polsze i cenionej od lat i powinien wzbudzać raczej zaufanie, zawsze był wierny jak pies przecież, łasił się, śmiał tylko wtedy, gdy wypadało, milczał, gdy należało. Teraz będzie musiał się spowiadać niczym żóltodziub, niczym zupełnie początkujący robol, a tutaj kawa stygnie, a za chwilę kotlet z frytkami przybędzie. Nie może tak być!&lt;br /&gt;- Tak, był bardzo niezadowolony. Rozczarował się, kiedy mówiłem o parametrach pomp ciepła. - zmyśla Pan Marcin; w ostateczności, jeżeli zależy mu na pracy, nie może wyjawić prawdy. Oznaczałoby to koniec jego kariery zawodowej, więc odcięcie się od dochodów, bezrobocie, margines społeczny, pomoc socjalna i mieszkanie zastępcze, pozbawienie praw wyborczych, te klimaty.&lt;br /&gt;- Hmm, czyli rozumiem, że nie odpowiadały mu możliwości pomp ciepła. A wspomniał pan o innych, dających więcej energii, środkach? - zadaje kolejne pytanie Pan Jerzy, który tak, który chce wiedzieć wszystko, bo to należy do jego kompetencji, bo możliwe, że te pompy ciepła były złym rozwiązaniem, może niepotrzebnie wprowadzili je do oferty firmy znanej w całej Polsze i cenionej. Pan Marcin, spoglądając w dół na swoją kawę, irytuje się coraz bardziej, lada chwila wybuchnie, pokaże swoje nowe ja już samemu przełożonemu, och, musi się opanować, nie może narażać się temu człowiekowi, ten człowiek ma moc zniszczenia, unicestwienia Pana Marcina jak najgorszego robala, jakież to przykre dla samego podmiotu, okazuje się bowiem, że nie jest całkowicie wolny, że Małżonka była prawdopobnie początkiem drogi ku tej wolności!&lt;br /&gt;- Tak, oczywiście, pokazałem wszystko, jednakże klient zdecydowanie odmawiał współpracy. Nie mogłem go przecież trzymać i trzymać w środku. - mówi Pan Marcin do słuchawki, och, to ostatnie zdanie zabrzmiało już dość poważnie, to ostatnie zdanie już balansuje na granicy tolerancji, może trochę przesadził, niepotrzebnie się uniósł. Następuje chwila ciszy, Pan Jerzy oddycha ciężko i oddychanie to słychać w telefonie, oddycha jak chory umierający na raka, łapie powietrze, jest skonsternowany, błądzi. Pan Zastępca Prezesa. Ale mu pokazał, ten nasz Pan Marcin, kowboj!&lt;br /&gt;- Dobrze... Rozumiem, tak tak, rozumiem. Będziemy w kontakcie. Do usłyszenia.&lt;br /&gt;- Chuj ci w dupę. - odzywa się Pan Marcin do słuchawki już po zakończeniu rozmowy. Taki jest zły, taki jest niezależny! On teraz podnosi tego papierosa z ziemi, ponownie wkłada go za ucho, ponownie staje się kowbojem z reklamy, taki zadziorny, taki zdecydowany, prawdziwy facet!&lt;br /&gt;Po chwili otrzymał swój obiad; kotlet, frytki i zestaw surówek, sztućce owinięte w jedną z tych dziwnych chusteczek. Trzeba również nadmienić, iż posiłek ten smakował był wybornie; cokolwiek Pan Marcin uważał o babsztylu go podającym, musiał przyznać w duchu, iż przyniosła mu naprawdę dobrze przyrządzoną potrawę. Po skonsumowaniu tegoż specyfiku Pan Marcinek jął o swojej najbliższej przyszłości rozmyślać. Mam kilka opcji. Mogę jechać do jakiegoś hotelu i tam spędzić zbliżającą się nieustępliwie noc bądź też poważyć się na coś zgoła innego; na coś, co byłoby ostatecznym przypieczętowaniem nowego porządku, nowej normy, mojego zwycięstwa. Otóż mogę skorzystać z zaproszenia tego całego Cezarego, mówił coś o jakiejś imprezie. Gdyby Małżonka się dowiedziała (nie może uwierzyć w swoje perspektywy Pan Marcin)! Więc gdyby Małżonka się dowiedziała, że gości u jej największego wroga, że z samym szatanem się skumał i odprawia z nim różne niegodziwe harce, że buńczucznie swawoli się oddaje i rozpuście, to krew jasną i nagłą by w niej wzburzył, o zawał serca by ją przyprawił, niewyobrażalną paskudę by jej uczynił. Z tej perspektywy wstawienie się na ten bal przebierańców jest z pewnością czymś bardzo atrakcyjnym. Poza tym co, kurde, myśli dalej Pan Marcin, odpalając kolejnego papierosa, w spokojną linię drzew się wpatrując, w tą uspokajającą zieleń się wręcz montując, nie mam żadnych znajomych, mieszkam tutaj prawie od urodzenia i ciągle tylko ci sztywni frajerzy z pracy i ta szmata, która wierności dochować nie potrafi, która wszystkie śluby uroczyście mu złożone złamała i w końcu - która znęcała się nad nim psychicznie przez ostatnie lata ich truchlejącego pożycia małżeńskiego. Żadnych radości dnia powszedniego, wiecznie tylko pracuj, zrób to tamto, Pan Marcin, odkąd stał się pełnoprawnym Panem Marcinem, ma tego kompletnie dosyć, chce od tego wszystkiego radykalnie uciec, od tych wiszących nad nim zewsząd imperatywów, ograniczeń, on teraz chce zacząć wreszcie drążyć siebie, kupić ksiązki filozoficzne, traktaty, poszukać własnej, unikalnej tożsamości, jest tyle rzeczy do roboty, tyle fascynujących chwil do przeżycia! Tak! Pojadę do tego Cezarego, myśli dalej Marcinek, specjalnie zaparkuję przed jego domem tak, aby ta wredna Małżonka (która jednak przez jakiś czas znana będzie właśnie pod tą nazwą) mogła wszystko widzieć, wszystko zobaczyć, aby mogła przypatrywać się swoim zwyczajem z tego okna na piętrze, niech ma, niech nie śni po nocach, niech się boi, niech się martwi o los swojego bądź co bądź męża. Co mi tam, myśli Pan Marcin w przypływie wewnętrznej furii, niechaj nawet skandal wybuchnie! Tak! Niechaj wybuchnie skandal obyczajowo-skandaliczny, niechaj świat się dowie, że oto on, mąż jednej z czołowych posłanek Partii Jedynie Prawej i Sprawiedliwej bawi się bez żenady na całego, niechaj media podsycą wątek, niechaj go drążą i zrujnują jej dotychczasowe życie, nie godzi się, aby coś tak ohydnego, jak właśnie Małżonka, miało (och!) po tym wszystkim prawo do normalnego życia, nie, nie, nie tym razem! Nie tym razem, myśli Pan Marcin i pragnie zemsty, właśnie zemsty, jego oczy płoną od tej pierwotnej żądzy, która zresztą poruszała ludzkość od zarania dziejów, od starego testamentu! Raz kozie śmierć! Posiliwszy się, Pan Marcin postanowił zajrzeć jeszcze do ubikacji, by następnie wyjść z restauracji i ruszyć powoli w stronę (o zgrozo!) domu Cezarego Novakoskiego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8807543633802937846?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8807543633802937846'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8807543633802937846'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/05/45.html' title='.45'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-247920071004126259</id><published>2010-05-14T07:46:00.000-07:00</published><updated>2010-06-11T01:51:00.609-07:00</updated><title type='text'>.44</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Bastek również, pomimo drążącej go rozpaczy, przykłada wszelkich starań, by jakoś elegancko wyglądać tego wieczoru, u Czarka obowiązują stroje poważne, stonowane, gdzie mój pseudo-garnitur, pyta siebie Bastek, przeszukując szafę, pseudo-garnitur, pseudo-pieniądze, pseudo-życie, pseudotożsamość, eh, ciężkie czasy rozpościerają swoją chmurę przed naszym bohaterem, który zupełnie nie wie, co zrobić, może by tak napisać wiersz, kiedyś wygrał poważny konkurs poezji 'szukam słowa', organizowany przez tutejszy dom kultury, miał 17 lat i był obiecującym literatem, pisał wiersze i był z tego znany, cała szkoła wiedziała, kto on zacz, z kim mają do czynienia; toż to literat artysta, zostawcie go, dajcie mu spokój, jego nawet jebać nie wypada. Może więc jakiś wiersz, myśli Bastek, nadal szukając swojego garnituru, po mieszkaniu w kółko chodząc, wszystkie szafy w nadziei na jego znalezienie otwierając. Przez chwilę nawet przychodzi mu na myśl pierwsza strofa tego potencjalnego dzieła, tej potencjalnej literackiej refleksji, Bastek przystaje, coś mu wpada do głowy jednoznacznie, coś się próbuje w nią wwiercić, aby na papier następnie przelanym zostać, coś go zatrzymuje i od rzeczywistości uwalnia, jakieś metafory apostrofy układa więc w swojej literacko-dekadenckiej głowie, rymy jakoś same do niego przychodzą, on tylko trwa w tym skupieniu przez sekund parę, przez zaledwie chwil kilka, to jest wena, moi drodzy państwo, jest to wena, czyżby Bastek poczuł przypływ nagły poezji, czyżby poczuł zmysł ten dawny, czyż czeka Bastka powrót do swojej od lat zaniechanej twórczości!? Otóż nie! Jebać poezję i poetów, już lepiej zostać raperem, na tym przynajmniej dałoby się jakąś kaszę zbić, poza tym wszyscy poeci to pedały, wylansowane dzieciaki, a każdy z nich:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;wyjątkowy!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jedyny w swoim rodzaju!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;oryginalny!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;najbardziej oczytany!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;a być raperem to znaczy znać życie, prawdziwe życie, a nie jakieś tam wyabstrahowane od problemów zwykłych ludzi głupoty, być raperem to znaczy być blisko rzeczywistości! Eh, myśli Bastek, załamuje się po raz kolejny, po co ja w ogóle idę do Cezarego, przecież to arystokrata, zwykły arystokrata! A ja jestem ten z przedwiośnia, jak mu było, no! No! Baryka! Ja jestem Baryka; zupełnie z arystokratycznej perspektywy oderwany, nieprzystający do niej. Z Novakoskiego taki socjalista jak z koziej dupy trąbka, on ma za nic robotniczą sprawę, on tylko bąki zbija i frykasy je w tym swoim pięciogwiazdkowym hotelu. Poza tym co z niego za przyjaciel, to egoista, kurwa, jeszcze dodatkowo ten cały Marcin, co to znowu za jeden, kolejna nowa potencjalna jego ofiara? Jakie on ma co do niego zamiary? Chce go dupczyć czy jak? Może Czarek jest gejem! Niby nic, bo przecież homoseksualizm to normalna sprawa, coś, co często występuje w przyrodzie, ale jednak jakoś tak dziwnie, pewien niesmak, myśli Bastek; jakże on mógł tak brzydko powiedzieć o swoim chlebo i alkodawcy, jakże on śmiał podnieść rękę na swojego pana, cóż to za zbereźne słowa, cóż to za niekontrolowana chęć buntu wobec hojności, jaką został obdarzony. Jestem zgubiony na wszystkich polach, myśli biedny Bastek, mogę tylko uciec. I znowu myśli o ucieczce, o tej rodzinie gdzieś w Polsze, no przecież była jakaś, eh, tylko gdzie, nie mam ani telefonu, ani adresu do nich. To życie, to życie, na które ktoś mnie skazał, jak zwykle niczego mi nie oferuje, jak zwykle dobitnie utwierdza mnie w moim poczuciu niższości, znowu znajduję pocieszenie jedynie w tej głupiej imprezie, w tym zgubnym alkoholu. Żyć i umierać na wewsi. Bastek, tak sobie myśląc i pochlipując nad losem swoim, znajduje wreszcie pseudogarnitur, jeszcze odpala papierosa, miał oszczędzać, ale co tam, chuj tam, nie dam rady oszczędzać, tak jestem już nieszczęśliwie wkopany w ten nałóg, już taki zniszczony i wyniszczony jestem, że nie potrafię nie-zapalić. Siedząc na skraju łóżka, delektuje się dymem, bawi się nim, robi zwinne kółeczka chmury mury czary mary, gandalfowe powozy z dymu fajkowego. Po wypaleniu postanawia jeszcze obmyć twarz i wreszcie będzie gotowy założyć strój, wyjść i wrócić późno w nocy, położyć się jak zwykle w stanie niepodobnym do czegokolwiek, zasnąć, obudzić się z kacem; cykliczność, cykliczność, moi drodzy! Oto nasza zguba! Stojąc jeszcze w kuchni, Bastek myśli o oszczędnościach, które mu zostały. Nie dam rady, muszę coś pożyczyć od Cezarego, to nieuniknione, dzisiejszy wieczór daje ku temu okazję, Novakosky zawsze pod wpływem alkoholu i innych specyfików staje się bardziej życzliwy, nie będzie problemu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-247920071004126259?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/247920071004126259'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/247920071004126259'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/05/44.html' title='.44'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6282191533185816998</id><published>2010-05-11T06:53:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:51:11.995-07:00</updated><title type='text'>.43</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nagle, stojąc tak beztrosko z filiżanką kawusi, Cezary zaczyna rozmyślać o żonie Marcina, z którą to ów jeszcze przecież nie załatwił wszystkich spraw, przynajmniej na pewno nie ze strony formalnej, to zwyczajnie niemożliwe. Przecież to heteryk, łapie się Novakosky, on do niej wróci, kobiety potrafią zostawiać przy sobie mężczyzn, takie są złe i podstępne, on z nią jeszcze zostanie, pustkę zupełną bogaczowi w głowie zostawiając, na straszliwe męki natury emocjonalnej go skazując. Och, Cezarego krew zalewa na samą myśl o tej wizji, w której on, szlachcic i bogacz, on, Cezary Novakosky, przegrywa bój o Marcina z jakąś pożal się boże chrześcijanką. Trzeba coś podziałać w tym kierunku, zapewnić lubemu uwolnienie się od tej przeklętej baby, od tego babsztyla o iście konserwatywnych poglądach, zresztą nie tylko poglądach, z niej ten konserwatyzm bije jak zimno z lodu, na plakatach wyborczych wydała się Cezaremu niesamowicie nieprzystępna, no, ktoś gorzej od Cezarego wychowany z pewnością przyznałby, że chujem jej z oczu patrzy, bo patrzy w rzeczywistości, ba! ten przysłowiowy penis łypie jej z oczu na przejeżdżających przechodzących obok, on straszy, ma nieświeży oddech i żółte paznokcie, jest straszny; najstraszniejszy ze wszystkich dotychczas spotkanych, rodzi wycofanie, kieruje się dogmatem, ma skłonności autorytarne. Oj, trzeba coś z tym zrobić, myśli Cezary, popijająć kawusię, muskając się ręką po uspokojonych już organach płciowych, leżących i śpiących spokojnie. Takie sprawy ciągną się jak walec prowadzony przez pijanego kierowcę, w tym chorym kraju dostać rozwód jest wcale trudno, ba, to proces męczący i psychicznie wyczerpujący. Och, gdyby tak zmienić oblicze ziemi, tej ziemi, gdyby ruszyć swoje szare komórki i wyjść ostatecznie z ukrycia, gdyby uciskane mniejszości tego kraju złączyły się w jedną, świadomą swoich praw większość, zdecydowaną podjąć walkę o normalizację stosunków władający-podwładny, wystarczy przecież po prostu chcieć i nie bać się nadchodzących zmian, łamać sztywne konwenanse i krępujące dogmaty! Dlaczego forma, w którą pakuej się każda mniejszość tego państwa przyjmuje perspektywę zrazu pokrzywdzonych i pokiereszowanych, dlaczego my, jako szeroko rozumiana mniejszość, również dajemy przyzwolenie na kontynuowanie tego samego kultu martyrologii, dlaczegóż tak beznadziejnie budujemy swoją tożsamość na klęskach, porażkach, na potknięciach naszych? Dlaczego samowolnie mutujemy w tą szarą masę, nie! jaką masę, to, czym jesteśmy, to nawet nie masa! to jakieś niegodne żadnego tytułu i definicji truchło, postawione w kąt jak przedszkolak, bez możliwości apelacji, bez poszanowania zasady instancyjności sądów, bez kasacji, bez bez bez! Czyżbyśmy nie mieli ducha, panie i panowie? Czyżbyśmy byli wyjałowieni z pragmatycznego rozeznania we własnej sytuacji? Czyż my jak ta tytułowa masa Gasseta, prawą ręką trzymająca ster, lewą głaszcząca się po brzuchu? Nie wierzę w to, kwituje swoje rozmyślania Cezary. Kawa wypita, przecież nic nie zrobię z tą jego żoną, co niby mam zrobić, niczego nikomu nie udowodnię, zbrodnia się zatarła, brak świadków, nie mam możliwości, taki właśnie jest ten chory kraj! Taki, że nawet mnie (mnie!) nie daje żadnej szansy na spełnienie swoich potrzeb, a trzeba dodać, że chodzi tu o potrzeby ważkie, bo akceptacji, bo spełnienia, bo wszystkiego, co nadrzędne!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6282191533185816998?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6282191533185816998'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6282191533185816998'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/05/43.html' title='.43'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4714680956915122840</id><published>2010-05-09T02:49:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:51:37.248-07:00</updated><title type='text'>.42</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Uderzyła mnie wielowątkowość tej perspektywy, niemożność ogarnięcia czegokolwiek przy jednoczesnej ciszy i spokoju tej najbliższej, subiektywnej rzeczywistości; zupełnie jakbym mlaskał przy śniadaniu, mówiąc &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;ex catedra&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;. Ktoś kiedyś pisał o podróżowaniu nocą, o drodze, która kończy się szybko, za promieniami świateł samochodu, o drodze, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;font-size:85%;" &gt;która jest skończona&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, ale przy tym wszystkim niewątpliwie jest. Zastanawia mnie jej „bycie”, znajdujące się poza naszym zasięgiem; „bycie” pogrążone w ciemności nocy, gdzieś obok samochodu, latarki czy czego tam jeszcze. Tak rozumiana droga znajduje się poza jakimkolwiek czasem, a sam czas – w tej chwili jako przymiot zajebiście subiektywny – nie wyznacza nawet samego siebie. Zaczynam kminić ten motyw.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym, jest 11.47, 9 maja roku pańskiego 2010. Stoję w kuchni, obieram ogromną cebulę. Bry.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4714680956915122840?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4714680956915122840'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4714680956915122840'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/05/42_09.html' title='.42'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4524255556031613987</id><published>2010-04-27T14:13:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:51:41.514-07:00</updated><title type='text'>.41</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;człowiek nie miał nic do powiedzenia więc wymyślił poezję&lt;br /&gt;a potem poleciało już z górki wyszli poeci na ulicę artyści zjawiska&lt;br /&gt;przyrody miasto masa maszyna dalej towarzystwa z fiutkami&lt;br /&gt;za dużymi na cokolwiek i potem kółka od tych fiutków ssania (jak&lt;br /&gt;nazywała się ta laska z brodą pierwszy polska poeta-transwestyta).&lt;br /&gt;i dalej kilometry cierpliwości drogi pełne od upału gęste od skwaru;&lt;br /&gt;oni są artystami i nie piją z frajerami teraz fiutki im urosły i szukają&lt;br /&gt;ujścia z tej maligmy bo nie mają nic do powiedzenia a marzą o chacie&lt;br /&gt;w warszawce kp barbarzyńca złote tarasy antykwariat no chociażby&lt;br /&gt;w krakowie artyzm intel intel ale to już nie to samo co stolica tak bardzo&lt;br /&gt;chcą być w centrum i anty i te wykłady i wyrywanie lasek na dziwne&lt;br /&gt;nazwiska na nozicka i obsesje gołe stopy łydki marynowane cipki.&lt;br /&gt;są tak wyjątkowi że można się zesrać w majty my wygrywamy slamy&lt;br /&gt;my nagrody publiczności zgarniamy a potem w przejściach podziemnych&lt;br /&gt;popijamy: czarną late zapatrzeni w wyświetlacze naszych zajebistych&lt;br /&gt;komórek łał wszystko świeci zbieramy kiepy z przestrzeni pomiędzy&lt;br /&gt;płytami brukowymi obmyślamy plany i zagłady nie chodzimy na wykłady&lt;br /&gt;wszystko gra ale nie damy my to wszystko kiedyś z ziemią zrównamy&lt;br /&gt;teraz szukajcie bo ten kto szuka tego nie ominie żadna suka a przecież&lt;br /&gt;trzeba się w życiu dobrze bawić wybawić od upadłego ostatecznego o to&lt;br /&gt;tylko chodzi&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4524255556031613987?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4524255556031613987'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4524255556031613987'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/04/40_27.html' title='.41'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-9074370528718722825</id><published>2010-04-24T04:57:00.000-07:00</published><updated>2010-05-08T05:45:16.995-07:00</updated><title type='text'>.40</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-Vc13lGZ4I/AAAAAAAAAEo/zJxCX6ar2As/s1600/kolor++bia%C5%82y.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 195px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-Vc13lGZ4I/AAAAAAAAAEo/zJxCX6ar2As/s320/kolor++bia%C5%82y.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5468879403033716610" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-VcnCZ9ycI/AAAAAAAAAEg/vxXvvzz1wNU/s1600/graffiti_2+-+Kopia.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 119px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-VcnCZ9ycI/AAAAAAAAAEg/vxXvvzz1wNU/s320/graffiti_2+-+Kopia.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5468879148241766850" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-VcTwiH-jI/AAAAAAAAAEY/mIPUfuQKYQ0/s1600/kolor++bia%C5%82y.jpg"&gt;&lt;img style="float:left; margin:0 10px 10px 0;cursor:pointer; cursor:hand;width: 320px; height: 195px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-VcTwiH-jI/AAAAAAAAAEY/mIPUfuQKYQ0/s320/kolor++bia%C5%82y.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5468878817026636338" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-9074370528718722825?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9074370528718722825'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9074370528718722825'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/04/40.html' title='.40'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_vj8PfcYkiT4/S-Vc13lGZ4I/AAAAAAAAAEo/zJxCX6ar2As/s72-c/kolor++bia%C5%82y.jpg' height='72' width='72'/></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-9147166090030850125</id><published>2010-04-18T14:14:00.000-07:00</published><updated>2010-06-11T01:51:46.642-07:00</updated><title type='text'>.38</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;A potem oni: składamy samoloty z biletów kolejowych, modele cywilne. Akcja toczy się tam gdzie zawsze, czyli na kamieniu, który jest opuszczony, który jest zupełnie pusty i pozbawiony ludzi. Przekładam sobie konstytucję; w tej perspektywie widzę wszystkie jej niedoskonałości, kluczki i luczki prawne, jakieś kołoterstwa przy głosowaniu. K mówi, że on by sobie jeszcze przyjarał, puszcza samolot, K ma już nasrane w bańce i nie przyda się do niczego, żadnej lufy, beton jest, chujowo skręcone, chujowy kamień, chujowa pogoda, zimno, piździ i marzniemy tu jak frajerzy, wszystko chujowe i jakieś takie nieudane, ja się w to nie bawię, budzę się na środku przelotowej trasy, przecież zasnąłem gdzie indziej, powiedziałbyś: wszystko pod kontrolą. Ale nie, nie jest pod kontrolą, każda minuta wylewa się tutaj jakimiś bocznymi szczelinami, przelewa się jak woda i tworzy kałużę, nasze buty są przemoczone, ociekamy z zimna i potu, który tworzy kręgi, ścieka konturami. Ktoś naprawdę ostro nas wydymał, myślę sobie, trzeba zbierać się do sklepu, schodki, wszystko marność, schodki, potem się pomyśli, póki co ruch i sklep, potem można pomyśleć o stylowej. Bo zastała nas pustka na kortach, wszyscy wyjechali uciekli, zamienili się w skrzaty krasnale ogrodowe, czają się na drugim planie, machają nam gdzieś z mroku, my nie widzimy tego machania. Czuję się jak w tych wszystkich przygnębiających filmach o nastolatkach w stylu Fuckin Amal; sceneria doskonale pasuje do tego rodzaju dramatu, ten szum, co to za szum, drzewa chuj wie co, krążenie i puls, krew i kwas, co przechodzą przez żyły, to wszystko jest tutaj do ogarnięcia. Chujoza to postać, ma twarz i pięści, mierzy w nas nimi, ma zaciekły wyraz twarzy, kupuje wiatrówkę i potem trzyma nas na muszce z okna, najpierw ładuje śrut, łamie ją na pół, przypala peto i namierza nas, ściga wzrokiem jak kuropatwę. Potem jest jeszcze bicie lufy przez aklamację, tworzenie świata na zasadzie 1/2/2/1/2/1/2/1/2/1/2/1/2/1/2/1/2/1/2/1/2/, sama abstrakcja. Chujoza kupuje tarczę, przypina ją do drzewa nieopodal, strzela, trafia, trenuje, co by procentowało w przyszłości, co by się przydało.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-9147166090030850125?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9147166090030850125'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9147166090030850125'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/04/38_18.html' title='.38'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4960734865792864011</id><published>2010-04-15T08:01:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:52:50.275-07:00</updated><title type='text'>.37</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[następuje akt płciowy proszę zamknąć oczy usta nosy i wszystkie inne otwory]&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aniołek smakował wanilią, miał ładne pończochy i fartuszek, ale to nie było to, myśli Cezary, zakładając spodnie, to znaczy było, bo było przyjemne, ale jakoś nie-do-końca. Już poprosił ją o zrobienie kawki, kawusi, tak, kofeina zawsze wybornie mu smakowała po stosunku płciowym, jakaś kąpiel, świeży ręcznik, świeczki przy wannie, jazz. To jednak nie było to, myśli nadal Cezary, abstrahując od tej kąpieli ręcznika świeczek i czasu, wkładając skarpetki, zapinając koszulę. Novakoky czuje coś dziwnego, coś, z czym już bardzo dawno nie miał do czynienia. Podczas zbliżenia z pokojówką/ służącą miał nieodpartą ochotę szeptać jej do ucha "Marcinku" albo nawet "Och, Marcinie", myślał o tych Marcinowych barkach, które to zrobiły na arystokracie takie wrażenie, o całej jego pomiętej, pociągłej fizys, o tej uroczej żyłce na czole. Zdecydowanie coś w nim jest, kwituje Cezary, już zresztą ubrany, już gotowy do kawusi, którą Aniołek przynosi, dupcią ładnie wywijając, biust ładnie okazując, bezwstydnie doń chichocząc. Cezary zasiada do kawki, podchodzi do okna, obserwuje rozpościerającą się na zewnątrz polanę i regularną linię drzew, rozpoczynającą niewielki, tutejszy las, i myśli o troskach marcinkowych, o jego problemach z żoną niegodziwą i niedobrą, o konsekwencjach spoktania, do którego to - wedle tragicznych marcinkowych zapowiedzi - już musiało dojść podczas cezarowego stosunku płciowego. Musi być już po wszystkim, myśli więc Cezary, popijając kawusię, nic to, należy czekać i czekać na Marcina, och, czekać na niego, może się zjawi ten książe ten orszak anielski, on nadaje się na takiego niewolnika od bezczynności, na takiego niewolnika-przytulankę, który tylko leży na sofie i rozdaje winogron wprost do buzi, odziany w białe slipki z wystających przodem, z trójkątnym przodem, albo takiego chodzącego za swoim panem i czekającego na każdy jego rozkaz, ale czekającego tak naprawdę chętnie, tak potulnie, jak pies czekający na słowo gospodarza, jak wieśniak wyczekujący jałmużny od szlachcica. Marcin powinien być zamknięty w komórce pod schodami jak Harry Potter, marzy Cezary, zamykając oczy (w chwili słodkiego zapomnienia omal nie wypuszcza z rąk filiżanki z kawusią, łapie się na tym, ale nie rezygnuje z wizji), Marcin byłby mi potrzebny więc do tej komórki, czekający na mnie, na moją wyłączność, taki ładny, z amerykańską fryzurą, z ładnym zapachem, z rowno obciętymi paznokciami i żadnymi wydzielinami w stylu POT GÓWNO MOCZ, nie nie, nic z tych rzeczy, taki bóg-sługa wolny od ciała, ale jednocześnie w ciele uwięziony, uwolniony od jego potrzeb i tych wszystkich niedoskonałości w stylu włosy na poligonie, między palcami i gdzie tam jeszcze, na klacie pod pachami, uwolniony od ropy w oku i gilów w nosie, wolny od tego wszystkiego. I taki oto tylko dla niego, uwiązany na złotej smyczy, och Cezary chwaliłby się takim szczęśliwym swoim niewolnikiem zabawką wśród znajomych, chodziłby taki dumny z nim po sali i potem, i potem! I potem gdzieś by się, pijany w trzy dupy, schował z nim tym niewolnikiem na smyczy, tą żywą maskotką uwolnioną od somatycznych niedoskonałości, zamelinowałby się z Marcinem w jakimś kącie i doszłoby do różnych pięknych rzeczy, do miłosnych uniesień, do amoków miłosnych, do poczucia obcowanie z bogiem, do lizania ładnie wypielęgnowanych stóp i palców z kciukiem na czele, do ssania fiutków wolnych od smrodu i włosów, to byłoby coś, myśli Cezary, popijając kawusię, próbując nazwać to, o czym teraz myśli. Nie wie co to, ale to z pewnością coś nowego.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4960734865792864011?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4960734865792864011'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4960734865792864011'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/04/30.html' title='.37'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2956949193614260210</id><published>2010-04-09T08:42:00.000-07:00</published><updated>2010-06-11T01:52:39.702-07:00</updated><title type='text'>.36</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;niegościnna Polsza!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2956949193614260210?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2956949193614260210'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2956949193614260210'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/04/39.html' title='.36'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3937634702443001903</id><published>2010-04-05T08:18:00.000-07:00</published><updated>2010-06-11T01:53:27.944-07:00</updated><title type='text'>.35</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;zbroję się za wschodnią granicą&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3937634702443001903?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3937634702443001903'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3937634702443001903'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/04/wiedza-radosna-na-poczatku-byy.html' title='.35'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-443454163969806134</id><published>2010-03-27T01:57:00.001-07:00</published><updated>2010-06-11T01:54:00.891-07:00</updated><title type='text'>.34</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Jest&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;kolejny dzień, węzły, węzły tego małego miasteczka, od rąk odchodzą liny i żyłki wędkarskie, celują w niebo, prostują ręce, podnoszą głowę, znikają gdzieś za chmurami, ponad tym górnym horyzontem, węzły, marionetki i musztarda, wszystko jest na miejscu, wszyscy są namiejscu.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-443454163969806134?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/443454163969806134'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/443454163969806134'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/03/jest-kolejny-dzien-wezy-wezy-tego-maego.html' title='.34'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-2038501912543644032</id><published>2010-03-11T13:00:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:55:00.703-07:00</updated><title type='text'>.33</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;K. wyjeżdża.&lt;br /&gt;On stąd ucieka, stary, spierdala do Poznania, nie ma go, jutro ma pociąg o 8.32 i trochę po 13 już jest na miejscu stary, on ma tramwajem linii 13 przejażdżkę spod samego dworca prosto do domu. Otóż on, stary, mieszka z koleżanką M. z roku i z jakimś kolesiem, który chyba serio jest gejem, ale to nie problem, co ty, przynajmniej będzie miły w obyciu, delikatny. I on mieszka, stary, w pokoju 4x4 za 250 złotych miesięcznie, wiesz, stół, lampa i łóżko. I ma zamiar jeść za dwa złote dziennie, ale z tym też nie ma problemu, ostatnie ekscesy u Sznajdera dowiodły, że jest w stanie tak na żywności zaoszczędzić. Generalnie więc, stary, widzimy się ostatni raz na długi czas a być może nawet kto wie, może widzimy się dzisiaj ostatni raz w życiu. A musisz wiedzieć, stary, że przeprowadzam się pod wpływem mojej narkotycznej schizy, która trwa już przeszło drugi tydzień, najpierw, to jest dwa tygodnie temu, zawitałem do M. właśnie, przywiozłem ze sobą gieta i potem montowaliśmy na miejscu, ogólnie opierdalaliśmy nasze sflaczałe ciała, to był ciąg, stary, od rana do wieczora na ostrej fazie i przy wszelakich intelektualnych rozkminach, tak przez cały tydzień aż w końcu zorientowaliśmy się, że kończy nam się kasza i trzeba myśleć o jakimś powrocie. I wyobraź sobie, że nie mieliśmy na bilet, starczyło nam tylko na fajki, a na fajki bardzo się uparliśmy, więc kupiliśmy fajki i pojechaliśmy kredytowym, chuj tam, norma. No i dojechaliśmy do Katowic, wiesz, w pociągu działy się różne rzeczy, zacząłem trzeźwieć i wiesz, jakoś realnie analizować rzeczywistość, w której się znalazłem i doszedłem do wniosku, że to wcale nie jest przyjemne, zaczęły do mnie dochodzić te wszystkie złe rzeczy, do tej pory ukryte gdzieś daleko, rzeczywistość jako poboczny detal. No więc dojechaliśmy, stary, do Katowic i zgadnij co. Zadzwonił do mnie Kubacki, spytał gdzie jestem, odpowiedziałem, że właśnie wyszedłem z pociągu na dworcu w Katowicach, na co on odpowiedział, o, popatrz, to się nieźle składa, ja teraz studiuję na UŚ, wpadajcie do mnie. To było jak wybawienie, pomyślałem, że może wyzbieram od niego na bilet jakoś, do tego przyda mi się detoks i kawa. No to wpadłem. I okazało się w mieszkaniu, że Kubacki ma deko. Nie pytaj, co dalej. Ale swoją drogą - Katowice zajebiste miasto, pierwszy raz miałem okazję zwiedzić to miejsce, wiesz, zobaczyć. Po dwóch dniach stwierdziłem, że trzeba wracać, więc pojechałem na dworzec, Kubacki skołował mi kaskę i nawet w fajki mnie zaopatrzył, spoko koleś, jestem mu strasznie wdzięczny. No i na dworcu ponownie odezwał się telefon. Już miałem, stary, wsiadać za chwilę do pociągu relacji  Katowice-Bielsko, ale w porę odebrałem ten telefon. Spajder. Siema, co robisz, pyta, no to ja mu na to, że na dworcu w Katowicach jestem. I on, że zajebiście, wpadnij do Krakowa. No i wpadłem. W sumie co mam do stracenia? Nie jestem przez nikogo ścigany, goniony. No, u Spajdera przez trzy dni jaraliśmy z wiadra. Nie wyobrażasz sobie, co się ze mną działo przez ten czas, stary. Jak Boga kocham - nie miałem nigdy w życiu takiej fazy jak u Spajdera. Serio, nigdy. I tak oto, po dwóch tygodniach permanentnego jarania połączonego z wycieczką krajoznawczą i towarzyszącym mi przechodzeniem w skrajne stany natury psychicznokminnej znalazłem się tu. No i jutro jadę jutro, wyjeżdżam na dobre, już dawno sobie to obmyśliliśmy z Kaśką, nigdy jakoś nie miałem odwagi, bo w sumie czaisz, jakie mam realne możliwości przetrwania? Muszę wyjechać w takim stanie, ten stan musi być impulsem, ten stan musi mnie postawić przed faktem dokonanym. Dlatego dzisiaj spotkałem się z tobą, stary, żeby cię pożegnać, nie, już nie będziemy się widzieć, ja się od jutra rozpływam, dlatego proponuję ci rozpłynięcie się ze mną, wiesz, tylko symboliczne, ale zawsze. Skołowałem tajfun, zwiniemy bata, co ty na to? 0,7 za 24 złote, dopalacze.com.. Pożegnajmy się prawdziwie. Zbiję bata u ciebie na tarasie, jebniemy se po kawce, hm? Dobra, chodźmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;K. zwija bata, ja robię kawę. Z mlekiem czy czarną, pytam, na co on odpowiada, że może być zarówno z mlekiem, jak i czarna. Mam mu zrobić niespodziankę, prosty układ. Zrobię mu z mlekiem, taką zajebistą, z bitą śmietaną i herbatnikiem, niechaj ma tą ostatnią kawę ode mnie, skoro jest tutaj ostatni raz. Patrzę za okno. Biel, biało jak w reklamie colgate, wszędzie śnieg, chociaż z pewnością to ostatni jego zryw tego sezonu, no bo ileż może próbować, już pora na pożegnanie z nim, ze wszystkim, ostatni tydzień to w ogóle tydzień pożegnań, żegnam się z zimą, z K., tym ostatnim inteligentem młodego kęckiego pokolenia, jakoś przykro, wszyscy się wykruszają, zostaję tylko ja, jebany frajer. Spoglądam na termometr, minus trzy, mleko w powietrzu na zewnątrz, mleko rozdzielone na płatki, związki węgla. Na ulicę padają pojedyńcze promienie słoneczne, tworzą dziwne kształty, zlewają się w siebie, tańczą na tej ulicy, słońce bawi się swoimi substraktami gdzieś zza chmur, zza niebios, poza zasięgiem. Woda w czajniku wre, para dym chuj wie co, K. mówi, że zwinięte, ja na to odpowiadam, że spoko, nieźle się dobraliśmy z czasem, zsynchronizowaliśmy, ty zbiłeś bata, ja zagotowałem wodę. Nalewanie, ugniatanie. Zostajemy w kuchni, żłopiemy tą kawę, dzięki stary za tą kawę, mówi K., potrzebowałem jej strasznie. W ogóle wiesz, moja potrzeba w Łodzi jeżeli chodzi o jakieś tam dobra materialne ogranicza się do posiadania właśnie kawy i fajek, ja mogę nie jeść przez dwa dni, wystarczy tylko, że mam co pić i palić, dopóki jestem zaopatrzony w kofeinę i nikotynę, nic mi nie grozi, jestem bezpieczny i spokojny, kontynuuje K. i bawi się zwiniętym batem, wyszła mu marchewa, nie udał mu się, ale spoko, wybaczam, rozumiem, wszak zbijanie lolów jest umiejętnością trudną i wymagającej pewnej wprawy. I teraz, kiedy patrzę na K. i jego nerwowe ruchy, na jego ogoloną na irokeza głowę, na te okulary i jego niekontrolowane mruganie oczami, wreszcie na jego włożoną w spodnie koszulę z czerwonym, zawadiackim krawatem, na ten fizyczny skutek ostatnich dwudziestu lat, myślę, że to jednak pora na niego, on już siłą rzeczy nie może tutaj siedzieć, emigracja jest naturalną powinnością, wręcz obowiązkiem, zostanie tutaj z takim umysłem i usposobieniem oznacza nasilenie się marazmu w stopniu bardzo zaawansowanym, wręcz niebezpiecznym. Próbuję zdefiniować nie tyle jego osobę, co raczej wszystkie rzeczy, które przez sześć bądź siedem lat naszej znajomości robiliśmy wspólnie, próbuję nazwać wszystkie myśli, jakie pod wpływem jego obecności narodziły się w mojej głowie, na cały mój obecny kształt i jego udział w jego formowaniu się, ale nic nie przychodzi mi na myśl. Po chwili łapię się na swojej głupocie: jakież to żałosne, że poznajemy przez nazywanie, przez definiowanie sens poznania dramatycznie się wykrusza, gdzieś tam rozpada, nazwa jako postawienie kropki nad badanym zjawiskiem to najkrótsza droga do ignorancji, nadawanie imion zajebiście zamyka, prowadzi dyskurs na manowce. Zaczynasz, pyta nagle K., co, odpowiadam, bata - zaczynasz, powtarza on, wyciągając w moją stronę zbitego bata. Zaczynam. Odpalanie, mały ogień, cień na twarzy, głowa wyciągnięta wprzód, wychylona, przymrużone oczy, żar. Dym. Smakuje jak fajki, mówię, bo faktycznie tak właśnie smakuje. A przecież nie zmieszaliśmy z tytą.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-2038501912543644032?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2038501912543644032'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/2038501912543644032'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/03/14.html' title='.33'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8361972401355980123</id><published>2010-03-08T04:20:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:54:51.003-07:00</updated><title type='text'>.32</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:130%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;lady GaGa wyraża optymizm, tak&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8361972401355980123?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8361972401355980123'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8361972401355980123'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/03/post-nr-33.html' title='.32'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8743998007761643217</id><published>2010-03-04T13:11:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:56:49.120-07:00</updated><title type='text'>.31</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;przecież płacę twarzowe, no, haracze państwowe od ryja, od tej skażonej fizys, kaprawe mordy trzeba obarczać dodatkowym podatkiem, jest to rzecz jasna i zrozumiała, państwo, by mogło sprawnie funkcjonować, musi sankcjonować niepożądane z punktu widzenia systemu jednostki, robię na to twarzowe, zostaję po godzinach, naprawiam swoją niedoskonałość, przebiegam przez te sklepy i fabryki, przez tych rumunów na rynku i beznogich pod sielanką, bawię się pospolitymi rozrywkami: teraz leci piosenka, to jest twoja piosenka to jest twoja piosenka, którą z natury się śpiewa, najlepsza - jak powszechnie wiadomo - w wykonaniu dj szynki, który to, uwaga, który zstępuje z nieba z pralką energicznie-ekologiczną autorstwa firmy znanej i poważanej, zstępuje z nieba ze świętym mieczem w dłoni, ciężki od łańcuchów w stylu MMA na szyi, w t-shircie z mike i gumą troskliwie gniecioną w stylowej żuchwie, ze śladowymi ilościami keczupu w kącikach ust. nadaje najmodniejszy rytm temu miastu, tak się składa, że najnowsze raporty moich agentów mówią jednoznacznie, że otóż mówią bardzo jasno i jednoznacznie, że dj szynka, ikona, johnson&amp;amp;johnson, król, po prostu drugie wcielenia króla, który jest który jest który jest, zagra jutro pod strzechą, w tej knajpie, gdzie dzieją się rzeczy mistyczne, gdzie młodzi werterzy przeżywają swoje katharsis, gdzie marnują się dobrze rokujący lokalni literaci i reszta śmietanki towarzyskiej, gdzie rozwydrzone dzieci krzyczą, gdzie błaga się o litość i godzinę - otóż w tym magicznym klubie, gdzie obowiązuje bezwzględny zapach konsumowania hamburgerów w czasie postu i gdzie wściekła umywalka pluje gazem w twarz ręce rozporki i co tam jeszcze zagra jutro dj szynka, gwiazda objawiona i człowiek doskonały całym sobą, wielki autorytet, zarówno pod względem muzycznym, jak i moralnym, skromny wychowanek pokolenia JP, zwierzchnik i mecenas osiedlowej kultury, znający znój tutejszych niegościnnych okolic, człowiek obeznany we wszystkich środowiskach, syn ludu polskiego, to on nadaje najnowsze topy, on decyduje, co jest trendy, on stoi za tą całą modą i nowymi bzikami, on ma w rękach wszystko, bar 'przystań' we wsi malec, domek drewniany, gdzie mieszka niedoszły prezydent Białegostoku, elity rządzące pod paznokciem i to właśnie on, och, bożepobłogosław, on, dj szynka zagra już jutro, przeprowadzi swój artystyczny perfomance, a my, urzeczeni jego palcami, jego gardłem i delikatnie ukształtowaną fizys, my, śmiertelnicy zwykli i szarzy poddamy się jego kultowości, no tak, to jest kult sam w sobie przecież, całe miasto skondensowane do perspektywy tego jutra, całe miasto żyjące tym jutrem, pamiątkowe zdjęcia pod legendarnym pubem, popatrz, synku, to jest zdjęcie moje i mamusi przed strzechą, to taka knajpa, dj szynka w dzień po zrobieniu tego zdjęcia przez uprzejmego nieznajomego zagrał w tym klubie, działo się, wtedy działy się takie niesamowite rzeczy, patrz i ucz się, to świadectwo naszego pokolenia, nam zarzucali, buraki buraki, nam zarzucali konformizm i brak idei, buce, co brak idei, popatrz, synku, jacy my niegrzeczni na tym zdjęciu, my właśnie tacy byliśmy, my tak walczyliśmy z reżimem, my mieliśmy cel, my, wraz z miłościwym dj szynką kształtowaliśmy nowy porządek tego świata. całe miasto mówi o nadchodzących emocjach, rozstawiane budki z grillem i wszystkim, keczup i majonez we wszystkich kolorach tęczy, odpustowe smakołyki, stara baba z wiatrówką, strzelasz w tarczę, trafiasz i dostajesz maskotkę, lizaki w kształcie serca, przemówienie radnych powiatu, burmistrz kęt przecinający biało-czerwoną wstęgę z napisem 'przyszłość', reporterzy lokalnej prasy, mobilny helikopter 'błękitny24', radykalna prawica planuje zorganizowanie manifestacji przeciwko tym antynarodowym ekscesom, radykalna lewica ma natomiast w planach wystąpienie z kontrmanifestacją w obronie antynarodowych ekscesów, oba ugrupowania, chociaż nie prowadzą w sondażach, zbroją się za wschodnią granicą, mają patronat Łukaszenki, opiekę medialną biełsatu, wsparcie moralne dalajlamy. sprzeciw wyraża tylko wielki kontynuator dzieła lenina-stalina, sprzeciw wyraża sceptycznie nastawiony serhij żadan i reszta charkowskiej hołoty, ale nic to, kałachy i granaty pakowane w pustych paczkach po bombonierkach przebywają drogę moskwa-kijów-praga-kraków, przechodzą przez schengen, wsadzając chuja w dupę unii europejskiej i jerzemu buzkowi, mijają ziemię powiatu oświęcimskiego, wkraczają do kęt w ciężarówkach 'mandarynki północy', są gotowe do spożycia, załadowane, amunicja błyskowa gratis, lewicowy, lokalny literat opisuje to wszystko z niezwykłą dokładnością w najnowszej książce wspomnieniowej 'pamiętnik z powstania kęckiego'. och, jesteś błogosławiony, chcę mieć pańską osobowość, tak tak, wszsytko się zgadza, tymczasem dj szynka leci prywatnym samolotem relacji warszawa-kraków, z doczepioną sztuczną twarzą, wkłada tą twarz, wychodząc z boeinga, wciela się w zwykłych śmiertelników oj będzie się działo będzie się działo, podchwytuje slogany i wyłapuje nastroje, dokonuje tajemniczych wpisów na swoim autorskim blogu, napięcie polityczne sięga zenitu, wystąpię w obronie podatników od twarzowego, niech świat wie, że jest nas wielu, że jest nas kupa, kupa równa się siła, my się ujawnimy, my ten świat rozpierdolimy, my sobie przykleimy wasze twarze, my ubierzemy wasze ubrania, my cały zachód poślemy do piachu, potem ruszymy na gniezno i być może na ziemię świętą, przekobać grób pański, złożymy mu te kałachy i granaty do grobu, my się upomnimy, weźmiemy barosso na zakładnika, lewandowskiemu rozkażemy odtańczenie samby na szczycie domu kultury, zrobimy pamiątkowe zdjęcia i odpowiednie buty, kupimy walizki, w dalszej przyszłości zorganizujemy twarzowe bojówki i zrobimy przewrót na kolor czerwono-zielony, ustalimy podatek od doskonałości, by sprawnie zarządzać resortami, przeprowadzimy niezbędne reformy, ustanowimy nową konstytucję, wprowadzimy zakaz sztuki i wyższe kary dla pedofilów, zestrzelimy błękitnego24, dj szynkę zamordujemy i zrobimy z niego męczennika klasy uciskanej, z jego łańcuchem, z jego żuchwą.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8743998007761643217?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8743998007761643217'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8743998007761643217'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/03/przeciez-pace-twarzowe-no-haracze.html' title='.31'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-7033265488915137164</id><published>2010-03-02T13:47:00.001-08:00</published><updated>2010-06-11T01:56:59.759-07:00</updated><title type='text'>.30</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;teraz same specjalne oferty: wiosna ponownie daje się odkrywać, wychodzi spod żałości tej brei, więc zamiast niej jeszcze jedna ojczyzna do obejrzenia, wyposażona w błoto, w deszcz, we wszystkie te charakterystyczne przymioty. Skinek mówi, że jej nie wierzy, że wyczuwa w niej podstęp, że nie chce skorzystać z jej ofert, a ja [czy można zrobić coś wbrew sobie?] przytakuję i staję w koalicji. tutaj autor ma obowiązek przytoczenia nie tyle postaci Skinka, ale jej cyklicznej obecności. Otóż. Skinek, choć sam nie zdaje sobie z tego sprawy, jest pierwszym i zarazem ostatnim znakiem postępującej apokalipsy, która lada chwila się tutaj wydarzy. jeżeli autor nie pisałby o nim, wcale by nie pisał, tak już jest ten świat skonstruowany, rządzi nim specyfika, która permanentnie samą sobą pokazuje sprzeczność tischnerowskiej małej-ojczyzny. przytaczany skinek jest więc archetypem i pewnym bardzo istotnym symbolem, bez którego autor nie może się obejść. wielki mistrz koot-hoomi mówił, że samoświadomość jest najczystszą drogą do osiągnięcia oświecenia, a dążenie do tej samoświadomości ściśle koresponduje z indywidualnymi uwarunkowaniami jednostek na wszelkich ich płaszczyznach. skinek jest antytezą tej drogi, jawi się raczej jako obywatel huxley'owskiego nowego, wspaniałego świata, no, może z odmienną (ale jak najbardziej schematyczną!) estetyką. jego szczęście zawiera się w braku pytań, w błogosławionej nieświadomości i trzeba przyznać - jest to jakaś koncepcja. Paradoksalnie w pewnym stopniu i na pewnej (wąskiej) płaszczyźnie neguje sens i przesłanie wypływającego z poznania spokoju, ba, kwestionuje całą istotę tamtej drogi! to zdanie jednak należy oznaczyć gwiazdeczką. skinkowy proces poznawania odbywa się przez nazywanie i na tymże też się kończy. z jego perspektywy dobór nazwy odzwierciedla "Jestem" badanego przedmiotu, tak to widzę. ucieczka w banał może czasami skutkować pewnymi korzyściami, które znajdują swoje zastosowanie chociaż tutaj, bo oto właśnie -&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;znajdujemy się na pustynii. muskamy delikatnie opuszkami palców piaskowe, stożkowate wzgórza. zawsze pociągał mnie taki obraz - stateczne morze niepoznanych, nienazwanych przedmiotów. siła jego sugestii wręcz powala. pustynia jest miejscem istotnie adekwatnym, jeżeli przypomnimy sobie kantowskie zwątpienie w poznanie racjonalne. za każdym horyzontem kryje się tutaj zupełnie inna logika, której głównymi twórcami jesteśmy my - turyści. sama świadomość swojej roli daje wiele do myślenia i uważam, że również nie pozostaje bez wpływu na kształt poszczególnych praw. możemy nad nią panować jak nad wodą - przelewając ją do innych naczyń, zmieniając jej kształt. zastanawiam się, jaki stosunek ma do tego towarzyszący auorowi skinek ze swoim nieuzasadnionym sceptycyzmem, ze swoim nazywaniem. czy dopuszcza do siebie możliwość filtracji zastanej przestrzeni? powalający jest ogrom tego krajobrazu. istnieje przynajmniej milion sposobów na jego nazwanie, jednak warto zadać sobie pytanie: czy jest on warty naszego zaszufladkowania? jaka jest zasadnicza różnica pomiędzy pustynią a lasem tropikalnym? - uważam, że uciekanie w oczywistości powoduje obniżenie potencjału, jaki tkwi w Tu i Teraz. gdybym podjął się próby klasyfikacji tego nieporządku, popadłbym w obłęd. natomiast gdybym zaczął zadawać pytania, moja wiedza powiększyłaby się o nową wiedzę, która w swojej istocie dalej napędzałaby moją chęć poznania. to samonapędzanie jest jak zeitgeistowy schemat popytu, którym paradoksalnie rośnie wprost proporcjonalnie do wzrostu konsumpcji. stawiam więc na pytania, jestem przeciwnikiem nadawania imion, tych wielkich imion. ta rzeczywistość może być przysłowiową pustynią, ale równie dobrze czymś tak nieuchwytnym jak ruch skrzydeł kolibra. zawsze możemy wybierać swoje środki.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-7033265488915137164?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7033265488915137164'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7033265488915137164'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/03/bot.html' title='.30'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-9001384768125387429</id><published>2010-02-14T05:37:00.001-08:00</published><updated>2010-06-11T01:56:41.654-07:00</updated><title type='text'>.29</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;tutaj była recenzja, ale wybraliśmy nowego władcę na tej wyspie, przyszedł, popatrzył, zabronił&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-9001384768125387429?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9001384768125387429'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/9001384768125387429'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/02/permanentna-opozycja.html' title='.29'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-8141952463841721154</id><published>2010-02-10T05:36:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:57:45.318-07:00</updated><title type='text'>.28</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;i teraz, i nagle dostaję dyplom i tytul honoris causa uniwersytetu willeńskiego, budzę się z zimowego snu w poszukiwaniu dodatkowego tłuszczu, gdybym się z niego nie obudził, nie przeżyłbym tego, za duży schiz dla ciala, to naukowo udowodnione, odbieraj dyplom, zrób zajebistą minę do zdjęcia, mówi jakiś łysy i siwy w garniturze, weź mój garnitur, bo wyglądasz jak cep radziecki, my ci zrobimy bliding, ładnie cię opatulimy, opatrzymy w jakąś myśl, będzie że niby twoja, że niby sam ją rozkminiałeś, ładnie będzie to wyglądać, powiesisz na ścianie albo, co byś widział i pokazywał, wstaję więc, idę za radą łysego i siwego w garniturze, nie, zaraz, idę za radą łysego i siwego już bez garnituru, garnitur leży na krześle, czeka na mnie, on jebie, jebie przeraźliwie jakimś niedojedzonym kotletem, na rękawach widzę zaschnięte plamy od jakiegoś masła, margaryny. czuję to całym sobą, w nich zalega choroba, w nich zalega schabowy, całe to chore towarzystwo do spraw semantycznych, rozważmy to właśnie na tej płaszczyźnie, wstaję, robię pompki, jedną, dwie dziesięć, napinam mięśnie brzucha, staję przed lustrem, patrzę na jego płaską powierzchnię i na to, co się w nim odbija, odbija się w nim obraz nędzy i rozpaczy, somatyczne profanum, jakieś bruzdy, plamy, wgłębienia, włosy układające się w kręte kutasiki, ubieram to coś w garnitur śmierdzący niedojedzonym kotletem, z ujebanymi rękawami, z plamami od masła tudzież innej przeraźliwej margaryny, żeby załonić cielesne braki, przeczeszuję włosy, robię pifpaf do lustra, lustro z wrażenia się rozbija, szkiełka, igiełki, co wbijają się teraz w stopy, nie mam butów, łapię się na tym, moja podeszwa to szkiełka, igiełki i krew, znaczę swoje ślady tym badziewiem, tym barszczem. myślę o honoris causa, o swoich zasługach, o mowie laudacyjnej na moją cześć, zasłużyłem sobie, niech mi oddają za tą margarynę, ten czechosłowacki badziew, przemycany zresztą nielegalnie przez południową granicę, szkodzący tym samym rodzimej gospodarce, gospodarka, ta kurwa, ona wiecznie jest w opresji, ona wiecznie cierpi, prawdziwy werter XXI wieku. dopinam ostatni guzik, on odpada, trzyma się ostro na ostatniej nitce, zaraz wyjdę odbierać dyplom uniwersytetu willeńskiego bez jednego guzika, z jakimś, kurwa, zapachem niedojedzonego kotleta, będą to potem puszczać w telewizji i już widzę te tępe ryje, te buraki, buraki, co się śmieją i ryją z mojego wyglądu, co się plamią resztkami i naturalnie plują majonezem, musztardą sarepską, co wołają małgosię, żeby popatrzyła na tego dziwoląga po drugiej stronie pudełka, co za buc, chodże szybko, pa, pa na to. dopinam więc ten guzik i naglę słyszę bębny z pokoju obok, o kurwa, już się zaczyna, już mowa laudacyjna, bębny wybijają rytm coraz szybciej, jak na przemarszu wojskowym, jak na uroczystym pokazie samolotów zabytkowych, czołgów z tektury, pistoletów na wodę, plastikowych, pomalowanych jak radzieckie bloki na żywsze kolory, dla picu odpierdolone. wielkiemu polskiemu pisarzowi, mistrzowi słowa, humaniście i filozofowi, słyszę zza ściany jakiś zdechły głos, o kurwa, to chyba o mnie, to już innauguracja, feta właściwa, śpieszę się z tym guzikiem, nadal postępując z nim nader delikatnie, muszę wychodzić, a guzik mnie zatrzymuje, za przenikliwe opisywanie świata i jego złożoności, za dawanie świadectwa powikłanym losom ludzi, za ciągłe pochylanie się nad ich wielkością, hyyyyyym, hyyyyym, nagle przerywa turkotem ochrypły głos, hyyyyyym, przepraszam, następuje reanimacja, ość mi wpadła do gardła podczas świątecznej kolacji, przepraszam, mili państwo, czasami odbija mi się oranżadą z komunii również, głos samousprawiedliwiający się, przystępuję do wznowienia przemowy, mili goście, słyszę i jestem pewny, że to na pewno nie żadna przemowa, że ten fiut na pewno czyta z kartki gotowy tekst wycięty z mowylaudacyjne.pl albo i jeszcze innej chujni, za miłość do nich, za nukę otwartości, tolerancji i szacunku do wszystkich kultur, za czujne diagnozowanie i prognozowanie nadziei i niebezpieczeństw, jakie niesie cywilizacja, za troskę o etos zawodu literackigo, za dokonania, które sprawiły, że stał się dla ludzi pióra i czytelników na wszystkich kontynentach autorytetem literackim i etycznym. tutaj głos urywa, następują oklaski, ja już kończę z tym guzikiem, ja już go pokonuję, następuje moje imię i jeszcze większe brawa, owacje, piski jakichś lasek, co ich pewnie nie znam, tak, zaraz wychodzę, jeszcze tylko myślę o następstwach tego mojego bądź co bądź prywatnego osiągnięcia - nobel w dziedzinie rozkminiania, nike literackie za jeszcze niepowstałą powieść, seks kokaina  szybkie samochody, może honorowe obywatelstwo wsi Malec Górny ze złotym, symbolicznym kluczem od bramy gipsowej w stylu romańskim. guzik dopięty, dał radę, podryguje w rytm bicia mojego serca, będą potem pisać o podrygującym guziku, wychodzę.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-8141952463841721154?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8141952463841721154'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/8141952463841721154'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/02/16.html' title='.28'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-3315247353278184951</id><published>2010-02-07T01:45:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:57:52.804-07:00</updated><title type='text'>.27</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;musiałabyś to widzieć, ten jebany jamnik w milce, dlaczego akurat jaminik, ale jednak jamnik, można wręcz powiedzieć: jamnik ponad wszelką wątpliwość i w tejh n. tutaj wszystko jest bezpodstawne, wyzute z konwencji, tutaj wszystko błaga o litość, to tutaj, wbrew wszelkim dogmatom, nie jest względne, ono przede wszystkim jest. więc ten jebany jamnik, koleś od jamniki mówi 'czipsy dwa razy proszę' i dostaje czipsy dwa razy, wyraża swoje potrzeby lub wygłasza żądania, kwestia perspektywy, jamnik szczeka, odszczekuje, jakby zgadzał się z tym oglądem, jakby przystawał na propozycję. pojmując sprawę w sposób orwelowski, musiałbym dodać: w tej całej spontaniczności trudno odróżnić jamnika od człowieka. i tak w rzeczywistości się dzieje, jednak nie ze względu na motywy orwelowskie, lecz ze względu na stan i pewien rodzaj percepcji, ktorego stałem się niewolnikiem tu, podczas niekwestionowanego teraz, stojąc w kolejce po trzy fajki i śmietanę. ta śmietana jest na chuj, nachuj, ale ona, to znaczy ta śmietana, podobnie jak wszystko, przede wszystkim jest. coś musi być. brakuje mi punktów odniesienia, ich nieobecność  jak zwykle objawia się w najmniej oczekiwanym momencie, ich brak przejmuje kontrolę nad moją wątłą przytomnością, popycha moją przytomność w stronę brzydkich niekonsekwencji, prowadzi na manowce. brak mi więc punktów odniesienia i ich brak argumentowany jest logicznie; nie chodzi tutaj nawet o właśnie te punkty, wiesz, one mogłyby polegać na czymkolwiek, naprawdę, ważna jest data dzień okres kiedy się pojawiły, ja je zlikwidowałem, ja je świadomie i trzeźwo wyrzuciłem, nie zdając sobie sprawy z przerażających następstw, które od tego wypływają. jestem teraz zajebiście nieokreślon i walczę ze sobą, spoglądając na tego jebanego jamnika, czy ta walka stanowi powód do dumy czy raczej do wstydu, hm, czy ona w ogóle o czymś stanowi, myślę, że raczej do wstydu, brak punktów odniesienia permanentnie sprowadza mnie do tej nieświadomej wówczas nieuprzejmości, do tej nieuprzejmości wyplutej, która teraz jest świadoma. a, jak powszechnie wiadomo, wstyd zawsze prowadzi do wstydu, tak, do wstyduwłaśnie, wstydzę się więc okropnie swojego jestestwa i gardzę sobą w obliczu psa, bowiem pies jest tutaj chuju ducha winny, on jest on jest on jest, natomiast moje 'jest' jawi się tutaj jako opcja niewiarygodna. bo co innego kształtuje naszą obecność, jeśli nie społeczne konwenanse i orientacja prowadzona według punktów odniesienia? właśnie. w każdym razie jest grubo po północy, plączą mi się literki i, szczerze mówiąc, myślę o powrocie, ten jebany jamnik nie chce dopuścić mnie do lady, no, uwziął się, szczeka, czipsy i lizaki i pieczywo wzdryga się od tego buczenia, sprzedawczyni mówi 'zamknij się', ale jemu to nie przeszkadza, nadal szczeka i warczy, stoję więc w odległości i z odległości mówię o śmietanie i fajkach, zważam na psa, zajebiście niepewny swoich punktów, chcący zapalić, pomiędzy jamnikiem a ziemią, będący tutaj, bo dlaczego nie tutaj i dlaczego nie tutaj, będący więc właśnie tutaj, bo nic poza tutaj nie istnieje, bo nic się nie jawi, bo, powinnaś wiedzieć, nikogo się nie spotyka, napotyka, nikt się nie przydarza.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-3315247353278184951?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3315247353278184951'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/3315247353278184951'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/02/implementacja.html' title='.27'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-7765859400369038119</id><published>2010-02-04T08:03:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:58:16.322-07:00</updated><title type='text'>.26</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;lipa&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-7765859400369038119?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7765859400369038119'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/7765859400369038119'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/02/blog-post_04.html' title='.26'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-5623306084394732529</id><published>2010-02-02T13:09:00.001-08:00</published><updated>2010-06-11T01:58:24.593-07:00</updated><title type='text'>.25</title><content type='html'>/&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;szukam przyjaciela od pisania, wiesz, chciałbym pisać listy, zawsze chciałem, ale nie było do kogo, szczerze mówiąc napisałem ich już setki, czekają na swoją kolej w półce, tak bardzo chcą być przydatne; czytane, mam w nich zawarte wszystkie brzydkie wyrazy i życzliwe szablony. szukam więc człowieka, którego rola sprowadzałaby się do czytania tego badziewia, tych daremnych wynurzeń w stronę nieba, przekleństw posyłanych w niewzruszone oblicze zimy, w to błoto ten deszcz wiatr, w całą tą wyciskającą łzy zabawę, poranki czyste jak coś, do czego absolutnie, absolutnie nie powinno dojść, ale oczywiście doszło, w te bezpłciowe noce i bezpłciowe sny, w ten jebany wrak, który nigdy nie chce zapalić, w te tępe ryje i nade wszystkim w swój własny tępy ryj i skażoną fizys, w brzmienie swojego głosu i myśli przebiegające teraz, w tym momencie. nie przystaję do niczego, ale o tym już też jest napisane, wszystko zostało napisane, listy czekają w półce i układają się najpierw w rozdziały, następnie w księgi i wreszcie w epopeje, zdychają, bo nikt ich nie czyta, nikt ich nie chce, chociaż mają w sobie tyle emocjonalnego krzyku, tyle zaraźliwego badziewia. szukam więc przyjaciela od pisania, który mógłby je uleczyć, który mógłby przynieść im pocieszenie, ubrać w szaty i przywrócić im godność, jeżeli w jakikolwiek sposób poczuwacie się, towarzysze, dzwońcie, poniżej zostawiam namiary.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-5623306084394732529?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5623306084394732529'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/5623306084394732529'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/02/25.html' title='.25'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-4632857566104410156</id><published>2010-02-02T13:09:00.000-08:00</published><updated>2010-06-11T01:58:35.483-07:00</updated><title type='text'>.24</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;/&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;dubel&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-4632857566104410156?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4632857566104410156'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/4632857566104410156'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/02/blog-post.html' title='.24'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8949178349407864123.post-6113489516384332641</id><published>2010-01-31T01:28:00.001-08:00</published><updated>2010-06-11T01:59:48.651-07:00</updated><title type='text'>.23</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;masz tutaj swoja herbatę, którą możesz wypić, ale nie musisz, tak naprawdę to możesz ją sobie nawet w dupę wsadzić, zrobiłem ci wedle przykazania i jej los należy teraz do ciebie, więc nie krępuj się, poza tym wiesz, ona jest niedobra, niesmaczna, czwarta z tej samej torebki, naukę parzenia kilku kubków z jednej torebki wyniosłem jeszcze z domu, to raczej woda o posmaku herbaty, nie zdziwiłbym się, gdybyś jej nie wypił, ja na pewno bym jej nie tknął, no, dałbym sobie z nią spokój, ale masz, żebyś nie mówił, że jestem niegościnny. wiesz, ja osobiście wolę kawę, nie, nie słodzę, co? tak, 2/3 kawa, 1/3 mleko, zawsze zapierdalam z taką proporcją, piję rano i po obiedzie, co to za poranek bez kawy, daj spokój. o jezu, jaka ta herbata gówniana, jak ty to możesz pić, serio. nie mam kasy, muszę oszczędzać, w półce jest jeszcze jedna niewykorzystana torebka, zostawiłem ją na specjalną okazję, szkoda mi jej na takiego frajera, ona jest, wiesz, na wypadek, gdyby odwiedziła mnie jakaś kobieta, tak, kobiecie zrobiłbym pełnometrażową, prawdziwą, tobie może wystarczy taki pic, w góle pij to i spierdalaj. wyobraź sobie różnorodność wszechświata, te korony drzew, z tym śniegiem na górze wyglądają jak wata cukrowa, wata cukrowa pokrywająca powierzchnię lasu, popatrz na to, mówię. albo nie patrz, jak chcesz. widzisz, jestem ostatnią stacją tego uwolnionego od metafizyki miasteczka, to miasteczko ma jakieś osiem stacji, ja jestem numer osiem, dlaczego musiałeś zajechać aż tak daleko, aż tutaj? już widzę, jak wracasz, opowiadasz tym laleczkom i prężnym kolesiom: tam wszystko było fajne, wszystko było fajne, magiczna ta ostatnia stacja, tam jest wata cukrowa i chujowa herbata, ale w sumie nie trzeba jej nawet pić, herbata to pretekst do nawiedzenia ósemki, ósemka jest fajna. coś ci powiem, gdzieś przeczytałem o magii podróżowania samochodem w nocy, o ciemności na drodze, byłem tym obrazem zauroczony i kiedy zrobiłem prawko, przekonałem się na własnej skórze, że to wszystko o ciemności to prawda. wyobraź sobie taką jazdą nieoświetloną drogą, widzisz tylko kilkanaście metrów przed siebie, światła samochodu przebijają noc, ale one szybko się gubią, są bezradne. na lewo i prawo panuje zupełna pustka, przed tobą, poza zasięgiem świateł to samo, to piękna perspektywa, zupełnie jak odyseja kosmiczna, nie widzisz najbliższego zakrętu, natomiast poprzedni zakręt szybko wypada z pamięci. według mnie taka forma podróżowania jest najgłębszą formą metafizyki; do tego ta pewna bezmyślność, jaką odczuwasz za kółkiem, zupełnie jakby cię nie było, jakbyś nie istniał, czaisz? nie jesteś częścią ósmej stacji, tego uwolnionego miasteczka, tych żałosnych lasów, tego wszystkiego. jesteś pasażerem przestrzeni bez żadnego poczucia przynależności, bez PINu, PESELu, rejestracji. co? kurwa, tak, jest fajnie. a teraz pij tą herbatę i wypierdalaj.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8949178349407864123-6113489516384332641?l=ijedzieszdalej.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6113489516384332641'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8949178349407864123/posts/default/6113489516384332641'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://ijedzieszdalej.blogspot.com/2010/01/blog-post_31.html' title='.23'/><author><name>Sz.tafa</name><uri>http://www.blogger.com/profile/02900506830272875736</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author></entry></feed>
