49°54′N 19°13′E
To była przebitka, teraz siedzę ze Zbysiem i zwijamy dżoje przy basenie, wokół cisza i cicho, na pustą ulicę pada blade światło okolicznych latarni, jest grubo po północy i miasto staje się krępującym zwitkiem żałośnie niskich bloków z wszystkimi pospolitymi mieszkańcami w środku: obok znaki wieszczące postęp - budowa zachodniej obwodnicy, rozkopana powierzchnia, wały, w domyśle Soła ze swoim wartkim nurtem i koloniami bakterii, kolejówka, którą maltretują jadące do papieskiego miasta pociągi; z drugiej strony zdruzgotany, przywalony ziemią rynek, co czeka na swoją kolej po zbawienie, skromne posągi tutejszych bohaterów, słowem obraz śmiesznego miasteczka w samym środku ostrej dupy, poza domem pozostają teraz wyłącznie wykolejeńcy i policja, pojedyncze patrole pilnujące granic przed jakimś wyimaginowanym wrogiem; siedzimy na chodniku i obserwujemy jak godzina rozkłada się po godzinie, dżoje skręcone, sorcik zrobiony, zapalamy po fajce; dym unosi się w górę i znika gdzieś w atmosferze - przypadek goni przypadek, myślę sobie, jak się tutaj znalazłem, kto mnie zaprowadził, istnienie jest jak sen; prawda jest pustką, musi wykraczać poza dźwięki, pojęcia i słowa, więc po co to całe zadawanie sobie pytań, rozpalasz, rzucam w stronę Zbysia, podając mu cricketa i dżoja, rozpalam, odpowiada, po czym wyrzuca kiepa, wyciera wilgotne usta i zaczyna opalać końcówkę. W ogóle mieliśmy strasznie dziwny montaż, to znaczy w sumie montaż jak to montaż, ale tym razem w bardzo kęckim stylu: ustawiamy się z jakimś kolesiem i idziemy na osiedle, przed klatką stoją ziomki, w zasadzie sami gówniarze bez właściwości, hybryda barbarzyńców, siema, siemka, stoimy, czekamy, minuty upływają na krępującym milczeniu, pytania o godzinę i pomiędzy tym wszystkim myśl, by czym prędzej stąd spierdalać, ogarnąć temat i ulotnić się jak ten dym, który teraz wydychamy: tymczasem już jest dobrze, już wszystko pracuje, zwoje i zwitki dokręcone, nieznośna lekkość wiadomo czego, siedzimy na chodniku, a za nami owiana ciemnością wiklina, ktoś wylał atrament na drzewa, ktoś chuchał na liście, bo lewitowały w powietrzu, słyszeliśmy pojedyncze kroki zwierzątek na polnej drodze, co nadają się tylko do krojenia - granicę pomiędzy miastem i lasem wyznaczała budowa zachodniej obwodnicy, twardy beton i co tam jeszcze, żadnych samochodów w pobliżu, idziemy stąd, proponuję, odbierając dżoja od Zbysia, spoko, tylko uskutecznimy ten syf, odpowiada, palimy po trzy, nie?
Po trzysta. Potem idziemy w stronę kortów, przechodzimy przez alejki, też rozkopane i opustoszałe, tylko okaleczone ławki noszą znamiona ludzkiej obecności: łysy to pedał, love love oraz inne, równie kuriozalne hasła, slogany i manifesty, jest dzień roboczy i środek tygodnia, niebo przecina samolot, w oddali słychać przytłumione warkoty silników, poruszamy się powoli i opieszale, tracimy perspektywy i punkty odniesienia, rzucamy pojedyncze słowa, lejemy w krzaki lejemy na ulicę, Zbysiu spluwa na ziemię, coś musi się dziać, więc jest tak, że wracamy, może powoli zbieramy się w stronę domu, pytam, spoko, możemy powoli iść, słyszę w odpowiedzi, więc przy drugim dżoju, który odpalamy już na kortach, sytuacja zmienia się w drogę powrotną; przechodzimy przez podlesie, zegar na małej, gównianej stacji kolejowej pokazuje trzecią piętnaście, ale to fejk, to nieprawda, tutaj czas się zatrzymał, w istocie jest wcześniej bądź później, jest dalej. Skręcamy na owiane mgłą stawy - rozległa, otwarta przestrzeń przynosi chłód i jakiś niepokój w powietrzu, horyzont urywa się na poziomie niewprawnego spojrzenia, przed nami majaczy Żar, schronisko na szczycie, wygląda jak płonąca forteca, Zbysiu twierdzi, że to świetne miejsce na kręcenie filmu, dwaj wędrowcy wkraczają do zgliszczy zamku, dwaj wędrowcy robią coś, gdzieś idą, mają zadanie i zajęcie, ktoś na nich czeka, ktoś o nich myśli, wędrowcy nie są więc zostawieni sami sobie; przystajemy jeszcze na fajkę, leżymy na polnej drodze i wszystko zmusza do drgań, wysoka trawa pozbawia możliwości manewru; niedługo świta, mówimy, niedługo świt, myślimy, czy ta noc miała chociaż trochę idei, czy można o niej milczeć, czy można się już położyć, odłożyć to na później
To była przebitka, teraz siedzę ze Zbysiem i zwijamy dżoje przy basenie, wokół cisza i cicho, na pustą ulicę pada blade światło okolicznych latarni, jest grubo po północy i miasto staje się krępującym zwitkiem żałośnie niskich bloków z wszystkimi pospolitymi mieszkańcami w środku: obok znaki wieszczące postęp - budowa zachodniej obwodnicy, rozkopana powierzchnia, wały, w domyśle Soła ze swoim wartkim nurtem i koloniami bakterii, kolejówka, którą maltretują jadące do papieskiego miasta pociągi; z drugiej strony zdruzgotany, przywalony ziemią rynek, co czeka na swoją kolej po zbawienie, skromne posągi tutejszych bohaterów, słowem obraz śmiesznego miasteczka w samym środku ostrej dupy, poza domem pozostają teraz wyłącznie wykolejeńcy i policja, pojedyncze patrole pilnujące granic przed jakimś wyimaginowanym wrogiem; siedzimy na chodniku i obserwujemy jak godzina rozkłada się po godzinie, dżoje skręcone, sorcik zrobiony, zapalamy po fajce; dym unosi się w górę i znika gdzieś w atmosferze - przypadek goni przypadek, myślę sobie, jak się tutaj znalazłem, kto mnie zaprowadził, istnienie jest jak sen; prawda jest pustką, musi wykraczać poza dźwięki, pojęcia i słowa, więc po co to całe zadawanie sobie pytań, rozpalasz, rzucam w stronę Zbysia, podając mu cricketa i dżoja, rozpalam, odpowiada, po czym wyrzuca kiepa, wyciera wilgotne usta i zaczyna opalać końcówkę. W ogóle mieliśmy strasznie dziwny montaż, to znaczy w sumie montaż jak to montaż, ale tym razem w bardzo kęckim stylu: ustawiamy się z jakimś kolesiem i idziemy na osiedle, przed klatką stoją ziomki, w zasadzie sami gówniarze bez właściwości, hybryda barbarzyńców, siema, siemka, stoimy, czekamy, minuty upływają na krępującym milczeniu, pytania o godzinę i pomiędzy tym wszystkim myśl, by czym prędzej stąd spierdalać, ogarnąć temat i ulotnić się jak ten dym, który teraz wydychamy: tymczasem już jest dobrze, już wszystko pracuje, zwoje i zwitki dokręcone, nieznośna lekkość wiadomo czego, siedzimy na chodniku, a za nami owiana ciemnością wiklina, ktoś wylał atrament na drzewa, ktoś chuchał na liście, bo lewitowały w powietrzu, słyszeliśmy pojedyncze kroki zwierzątek na polnej drodze, co nadają się tylko do krojenia - granicę pomiędzy miastem i lasem wyznaczała budowa zachodniej obwodnicy, twardy beton i co tam jeszcze, żadnych samochodów w pobliżu, idziemy stąd, proponuję, odbierając dżoja od Zbysia, spoko, tylko uskutecznimy ten syf, odpowiada, palimy po trzy, nie?
Po trzysta. Potem idziemy w stronę kortów, przechodzimy przez alejki, też rozkopane i opustoszałe, tylko okaleczone ławki noszą znamiona ludzkiej obecności: łysy to pedał, love love oraz inne, równie kuriozalne hasła, slogany i manifesty, jest dzień roboczy i środek tygodnia, niebo przecina samolot, w oddali słychać przytłumione warkoty silników, poruszamy się powoli i opieszale, tracimy perspektywy i punkty odniesienia, rzucamy pojedyncze słowa, lejemy w krzaki lejemy na ulicę, Zbysiu spluwa na ziemię, coś musi się dziać, więc jest tak, że wracamy, może powoli zbieramy się w stronę domu, pytam, spoko, możemy powoli iść, słyszę w odpowiedzi, więc przy drugim dżoju, który odpalamy już na kortach, sytuacja zmienia się w drogę powrotną; przechodzimy przez podlesie, zegar na małej, gównianej stacji kolejowej pokazuje trzecią piętnaście, ale to fejk, to nieprawda, tutaj czas się zatrzymał, w istocie jest wcześniej bądź później, jest dalej. Skręcamy na owiane mgłą stawy - rozległa, otwarta przestrzeń przynosi chłód i jakiś niepokój w powietrzu, horyzont urywa się na poziomie niewprawnego spojrzenia, przed nami majaczy Żar, schronisko na szczycie, wygląda jak płonąca forteca, Zbysiu twierdzi, że to świetne miejsce na kręcenie filmu, dwaj wędrowcy wkraczają do zgliszczy zamku, dwaj wędrowcy robią coś, gdzieś idą, mają zadanie i zajęcie, ktoś na nich czeka, ktoś o nich myśli, wędrowcy nie są więc zostawieni sami sobie; przystajemy jeszcze na fajkę, leżymy na polnej drodze i wszystko zmusza do drgań, wysoka trawa pozbawia możliwości manewru; niedługo świta, mówimy, niedługo świt, myślimy, czy ta noc miała chociaż trochę idei, czy można o niej milczeć, czy można się już położyć, odłożyć to na później
