Nagle zadzwonił telefon.
- Halo - odbieram niechętnie. Któż burzy harmonię tego spokojnego wieczoru?
- Siema, Krzysiu, jesteś w Kętach podobno.
Alegzy. Jakim cudem takie wieści roznoszą się niezależnie ode mnie. Widocznie Młody musiał mu coś wspomnieć o moim powrocie.
- No siema, wróciłem właśnie niedawno.
- To spoko
- No
- Słuchaj, może wybijesz dzisiaj na jakiś kamień? Będzie Dylu, Kasia, Spajder, jeszcze parę ziomków. Ja się właśnie wybieram, wpadłbym po ciebie po drodze
- E, no nie wiem
- Byśmy se razem poszli
- Stary, nie wiem, chyba to pierdolę, niedawno przyjechałem, może lepiej jutro jakoś? - I znów rzucam na wiatr kolejne słowa, obietnice, przysięgi, odkładam zobowiązania na później, zobowiązania wobec kolektywu, kolektywu raczej już sprzed epoki, ale zawsze. Jakby nie było, przyjeżdżam tutaj raz na miesiąc, wypadałoby się zobaczyć ze starymi znajomymi.
- No, chodź, napijemy się piwa - przekonuje Alegzy zza słuchawki. Już widzę jego aktualną pozę: pewnie siedzi w swoim pokoju, stoi na baczność na dywaniku z ulicami i wyścigówkami, a za jego plecami na ścianie wisi potulne zdjęcie Alegzego-z-pierwszej-klasy-szkoły-podstawowej w dużych, niepasujących i obciachowych okularach kujona, zdjęcie wyrażające radość, dumę, Alegzy, chociaż kadr już tego nie obejmuje, ściska poniżej dyplom przyjęcia do grona uczniów, lansuje się na nim na klasowego prymusa, nieszkodliwego, cichego frajerka, jakim zresztą faktycznie miał pozostać w następnych latach.
- Odpuszczę dziś, ledwo przyjechałem.
- Ej, dziadzia dziadzia.
- No.
- To trzymaj się w takim razie, może jutro coś skminimy.
- No jutro już lepiej
- To nara
- Nar
I myślę sobie, że dziadzia to jednak faktycznie doskonałe określenie na moje jestestwo, stary, spróchniały dziad, mentalny czterdziestolatek o pomarszczonej twarzy, co wstaje rano z łóżka i odlicza kolejne godziny tego horroru na jawie, Dziadek, kuriozum, prawdziwie skostniały dwudziestolatek, co ucieka z Krakowa w piątek rano, ucieka w juwenaliowy weekend, w ciągu którego tyle cudów dziać się będzie, tylu pięknych barbarzyńców wyjdzie na ulicę pod wpływem alkoholowych namiętności, tylu idiotycznie skurwionych agiehowców; a na ich ustach wciąż ta sama pieśń, UJ się uczy ujot posprząta, w domyśle: jesteśmy sytymi kretynami bez ogłady ni właściwości, kieruje nami głód, głód jako nieruchomy poruszyciel, jako sprawca czasu. Wracam więc do moich łąk zielonych, do moich lasów, wzgórz i rzek w ten szalony weekend, by właśnie tegoż szaleństwa uniknąć, nie dać się tej bezkrytycznej masie, co - w ślad za pewną pisarką znaną i lubianą - postuluje bezmyślny nanibyzm, bezideowość z promocji, lans na pustkę, cywilizację śmierci aborcję relatywizm oralny, wybacz więc, Aleksandrze, synu Józefa, wybacz Wiktorze, wybacz Kasiu i Spajderze, ale ten wieczór, podobnie jak jutrzejszy, cichym zostanie i kameralnym, gdyż planuję podstęp, plan działania, gdyż wymagam ciszy i spokoju, tony fajek, samotności, termosu herbaty i, co jednak najwyżej, bułeczki z masłem, pastą i serem żółtym.
- Halo - odbieram niechętnie. Któż burzy harmonię tego spokojnego wieczoru?
- Siema, Krzysiu, jesteś w Kętach podobno.
Alegzy. Jakim cudem takie wieści roznoszą się niezależnie ode mnie. Widocznie Młody musiał mu coś wspomnieć o moim powrocie.
- No siema, wróciłem właśnie niedawno.
- To spoko
- No
- Słuchaj, może wybijesz dzisiaj na jakiś kamień? Będzie Dylu, Kasia, Spajder, jeszcze parę ziomków. Ja się właśnie wybieram, wpadłbym po ciebie po drodze
- E, no nie wiem
- Byśmy se razem poszli
- Stary, nie wiem, chyba to pierdolę, niedawno przyjechałem, może lepiej jutro jakoś? - I znów rzucam na wiatr kolejne słowa, obietnice, przysięgi, odkładam zobowiązania na później, zobowiązania wobec kolektywu, kolektywu raczej już sprzed epoki, ale zawsze. Jakby nie było, przyjeżdżam tutaj raz na miesiąc, wypadałoby się zobaczyć ze starymi znajomymi.
- No, chodź, napijemy się piwa - przekonuje Alegzy zza słuchawki. Już widzę jego aktualną pozę: pewnie siedzi w swoim pokoju, stoi na baczność na dywaniku z ulicami i wyścigówkami, a za jego plecami na ścianie wisi potulne zdjęcie Alegzego-z-pierwszej-klasy-szkoły-podstawowej w dużych, niepasujących i obciachowych okularach kujona, zdjęcie wyrażające radość, dumę, Alegzy, chociaż kadr już tego nie obejmuje, ściska poniżej dyplom przyjęcia do grona uczniów, lansuje się na nim na klasowego prymusa, nieszkodliwego, cichego frajerka, jakim zresztą faktycznie miał pozostać w następnych latach.
- Odpuszczę dziś, ledwo przyjechałem.
- Ej, dziadzia dziadzia.
- No.
- To trzymaj się w takim razie, może jutro coś skminimy.
- No jutro już lepiej
- To nara
- Nar
I myślę sobie, że dziadzia to jednak faktycznie doskonałe określenie na moje jestestwo, stary, spróchniały dziad, mentalny czterdziestolatek o pomarszczonej twarzy, co wstaje rano z łóżka i odlicza kolejne godziny tego horroru na jawie, Dziadek, kuriozum, prawdziwie skostniały dwudziestolatek, co ucieka z Krakowa w piątek rano, ucieka w juwenaliowy weekend, w ciągu którego tyle cudów dziać się będzie, tylu pięknych barbarzyńców wyjdzie na ulicę pod wpływem alkoholowych namiętności, tylu idiotycznie skurwionych agiehowców; a na ich ustach wciąż ta sama pieśń, UJ się uczy ujot posprząta, w domyśle: jesteśmy sytymi kretynami bez ogłady ni właściwości, kieruje nami głód, głód jako nieruchomy poruszyciel, jako sprawca czasu. Wracam więc do moich łąk zielonych, do moich lasów, wzgórz i rzek w ten szalony weekend, by właśnie tegoż szaleństwa uniknąć, nie dać się tej bezkrytycznej masie, co - w ślad za pewną pisarką znaną i lubianą - postuluje bezmyślny nanibyzm, bezideowość z promocji, lans na pustkę, cywilizację śmierci aborcję relatywizm oralny, wybacz więc, Aleksandrze, synu Józefa, wybacz Wiktorze, wybacz Kasiu i Spajderze, ale ten wieczór, podobnie jak jutrzejszy, cichym zostanie i kameralnym, gdyż planuję podstęp, plan działania, gdyż wymagam ciszy i spokoju, tony fajek, samotności, termosu herbaty i, co jednak najwyżej, bułeczki z masłem, pastą i serem żółtym.
