Siedzimy więc na Krowoderskiej, sprawdzone miejsce, gasimy światło i kawalerka tonie w przyjemnym półmroku, odpalamy papierosy i wyciągamy jakąś niedopitą flaszkę, najpewniej pozostawioną z jakiejś odległej już teraz imprezy, schowaną po sylwestrze, kiedy to - w kompletnej aklamacji i kolektywnym porozumieniu - skurwiliśmy się srogo i ostatecznie, a dnia następnego, nad ranem, zaczęliśmy na nowo; i tak przez cztery dni, z przerwami na krótki, płytki jak Morze Bałtyckie, sen, skromne, przeżuwane z troską posiłki; zajmowaliśmy miejsca przy stole, na parapecie, na schodach, pod kiblem, w kiblu, w wannie, pod fortepianem, przy telewizorze, przy kompie, na łóżkach, na kanapie, stojąc: nie wiedziałem, w którą stronę odwrócić wzrok, co zrobić z dłońmi, pokrytymi zresztą grubą warstwą martwego naskórka, obserwowaliśmy świat na zewnątrz, zamknięci w małej przestrzeni kawalerki; siedzimy więc i dobiega do nas leniwa, spokojna muzyka z głośników obok laptopa, przy którym siedzi Jane; wodzirej, gospodyni tego przybytku, co go tak bardzo sobie umiłowaliśmy, siedzi za ekranem, a na jej twarz pada surowy, biały blask, jej oczy są wyraźnie zmęczone i jak zwykle - jakieś takie trochę nieobecne, jakby ponad tym wszystkim, jakby Jane jako jedyna z całego towarzystwa zdawała sobie sprawę, że poza tym wąskim kręgiem istnieje rzeczywistość, chłodny świat złożony z szerokiej drogi, po której suną tramwaje jak pociągi pełne pożądania, pętle, co wypluwają ostatnie autobusy i gdzie nie mówi się dobranoc, namiętności skrywane w szarych bramach zapomnianych kamienic. Tymczasem jest marzec roku pańskiego 2011, rodząca się do życia wiosna, która ukryła przed nami jakiś podstęp; dopiero dowiemy się o jego treści, jeszcze to wszystko przed nami, ponadto Kraków, stary, poczciwy Kraków, gdzie ukonstytuowałem się już całkowicie, piątek, początek długo oczekiwanego weekendu, zwijamy stiki, rozmawiając o pierdołach, pierdoły to nasz ulubiony temat na forum grupy, sprowadzamy się do ogólnych uwag i w zasadzie nikt niczego nie oczekuje - rzucamy pojedyncze słowa, rozwijamy urwane dotąd wątki, stary wczoraj wieczorem siedzę na przystanku i jakiś koleś leży na ziemi, piździ jak w kieleckim, a ten bez kurtki, totalnie najebany, zaczyna Dżony, a Doma wkręca, że nie, to ja mam lepszy motyw idę sobie kiedyś przez osiedle i patrzę a tutaj koleś leży w krwi na ulicy, no nie wiem co mu się stało, tego typu klimaty, zawija się kolejna bletka, tak wyszło, palimy już trzeci dzień, najpierw kołowałem ja, a od wczoraj mamy chujowy montaż od Ciołka, ale za to dwa zero na sztukę. Nic to, nauka na przyszłość: montować samemu, rozbijać się po mieście i obcych osiedlach, spotykać się z na-wpół-nieznajomymi, ludźmi spotkanymi na jakichś starych imprezach, z którymi odbywa się krótkie rozmowy o paleniu, zapisuje ich numery i do których kilka dni później dzwoni się znienacka w sprawach pilnych i zwłoki nie-cierpiących, siema stary, tu Krzyś, pamiętasz (zawsze pamiętają) byliśmy razem na imprezie, och, będą z tego dwa lole, dwa lole tylko, ale nic się nie dzieje, bo pora już późna i do spoczynku wzywająca, grubo po północy, tyleż wrażeń za nami i słów wysłuchanych. Jaramy w kółku, z niecierpliwością zerkając na tych, co w obecnej chwili dzierżą w dłoniach palenie. Podaję do Viki, rozpalaj, po chwili jej twarz rozjaśnia się miarowo od ognia z zapalniczki, podaj dalej z większą siłą, tak to się kręci, życie. W powietrzu, oprócz gęstego dymu i słodkawego zapachu palenia, unosi się jakaś groźba, coś nieuchwytnego, odór tego wieczoru, tej nocy, tego krótkiego wrażenia, któremu wszyscy poddajemy się ze wzmożonym oddaniem, zupełnie jak kochanek oddaje się swojej kochance, pełen pożądania dla tego ulotnego jak cisza przed burzą momentu. Rozmawiamy o budzącej się wiośnie, planujemy przyszłość małymi kroczkami, jutro zrobimy sobie wspólny obiad, kupimy ryż, sos i dużo mięsa, kto ma dobry piekarnik w mieszkaniu, pada pytanie, odpowiedź jest jasna: krowoderska, to mieszkanie ma w sobie wszystko, czego nam trzeba, my stąd już nie wychodzimy, Jane, czy można się tutaj wprowadzić, pyta Rychu, nadmuchamy kilka materaców i tak będziemy spędzali noce, zwinięci i zawinięci w koce, bo zimno, chłód wlewa się do środka od strony ulicy, przechodzi przez szpary pod starymi oknami, przemyka jak szpieg, agent obcego kontrwywiadu, wdziera się do naszej przestrzeni potajemnie. W zasadzie stanowimy zbieraninę często sprzecznych perspektyw, obserwujemy te same zjawiska, które po jednostkowej interpretacji nabierają dziwnych, egzotycznych kolorów. Tłum nasz jest przypadkowy, chociaż już jakiś czas temu przeszliśmy od twierdzeń apriori do twierdzeń empirycznych, podpartych staranną, zmysłową implementacją. I podajemy sobie drugiego stika, zgromadzeni wokół malutkiego stołu, robi się już naprawdę ciężko; opadamy i odpływamy w siną dal, wracam pamięcią do tych ziem moich rodzinnych, och, jakże odlegle są mi teraz te wszystkie tamtejsze rozterki!
I potem jest tak, jakbyśmy zamykali oczy i odchylali głowy do góry, jakbyśmy spali, śpimy, śnimy.
[I śnię o drzewach pokrytych białą farbą wyglądają jak naczynia włoskowate jak ściółka na drugim poziomie a my wobec niej tacy mali zmniejszeni i bezradni]
I potem jest tak, jakbyśmy zamykali oczy i odchylali głowy do góry, jakbyśmy spali, śpimy, śnimy.
[I śnię o drzewach pokrytych białą farbą wyglądają jak naczynia włoskowate jak ściółka na drugim poziomie a my wobec niej tacy mali zmniejszeni i bezradni]
